środa, 4 maja 2011

"Inna", Beata Szymura

Beata Szymura, studentka filologii polskiej, pisze od dziecka. Na prośbę autorki omówię pokrótce jej e-booka, dostępnego na stronie Wydaje.pl.

Opowiadanie „Inna” przedstawia dwie licealistki: Majka jest szykanowana w szkole, a nad Ewą znęca się ojciec. Dziewczyny oparcie znajdują jedynie we własnej przyjaźni, starając się ignorować otaczającą je rzeczywistość i obojętnych na ich los dorosłych. Kiedy to nie wystarcza, kiedy nie mają już siły stawiać czoła kolejnym dniom, postanawiają wziąć sprawę w swoje ręce. Czy jest to naprawdę jedyne rozwiązanie? Czy uda im się osiągnąć zamierzony cel?

Autorka na dwudziestu stronach przekonywająco przedstawia historię nastolatek, poruszając temat lęku, odrzucenia, samotności i bezradności. Intrygujące zakończenie pozwala nam w pełni zrozumieć tytuł opowiadania i pokazuje, że podłoża problemu należy szukać głębiej, niż by się to mogło wydawać.

„Inną” czyta się wprawdzie lekko i szybko, lecz po lekturze nasuwają się ważne pytania: gdzie są najbliżsi i dlaczego nie próbują wyciągnąć pomocnej ręki? Dlaczego nie chcą przejrzeć na oczy? Czy na ratunek jest już za późno?

Opowiadanie polecam zarówno młodzieży, jak i rodzicom i pedagogom.

Autorce zaś życzę powodzenia i dalszych sukcesów!

poniedziałek, 2 maja 2011

Alergie, pająki i recenzje

W domu panuje ostatnio alergia na powietrze z zewnątrz i surowo zabronione stało się otwieranie okien. Powiesiłam tylko pranie na balkonie i już mam oczy załzawione. Na szczęście tabletki, mikstury i krople zakupione, więc jakoś przetrwamy.
Zauważyłam dzisiaj na murze pękatego, lśniącoczarnego pająka i zastanawiam się, czy to nie przypadkiem czarna wdowa. Oby tylko nie utkał sobie przed naszymi drzwiami pajęczyny. Szkoda, że żadna ze mnie arachnolog. Muszę pokazać pajęczaka synkowi i poprosić, żeby go na wszelki wypadek nie dotykał. Dzieciom różne pomysły przychodzą do głowy, prawda?

Zainstalowałam sobie w końcu OpenOffice, który nie dość, że na bieżąco sprawdza błędy w pisowni, to na życzenie liczy wyrazy i znaki w dokumencie. Co za luksus!
Tylko komputer trochę niezadowolony - poinformował mnie, że mu pamięci brakuje. Cóż, trudno się dziwić, kiedy się korzysta z przedpotopowej maszyny. W dodatku internet gra ze mną w ciuciubabkę. Istny sabotaż.

Nic to! Zaopatrzona w bardziej zaawansowany program, produkuję recenzje. Otrzymałam mianowicie od serwisu nakanapie.pl „Przerwaną misję” Alberta Szparagi, której omówienie chcę wysłać jutro do moderatora, a na prośbę jednej z kanapowiczek wystawię komentarz do jej opowiadania „Inna”.

Czy nadejdzie kiedyś taki dzień, w którym to moje prace będą poddawane krytyce?

niedziela, 17 kwietnia 2011

"I, Alex Cross", James Patterson

Jako że ostatnio moją lekturą są głównie książki dla dzieci, postanowiłam odreagować i zaopatrzyć się w porządny thriller. Nie czytałam jeszcze żadnej powieści Pattersona, a nazwisko znane, więc wybrałam “I, Alex Cross”. Z okładki wynika, że to bestseller na liście New York Timesa, opis też wydaje się wciągający. Był to zakup spontaniczny; nie miałam okazji zapoznać się wcześniej z żadną krytyką. Dostałam nauczkę.

“I, Alex Cross” to szesnasta pozycja serii z tytułowym detektywem. Niestety, nie zachęciła mnie ona do zapoznania się z pozostałymi. Nie rozumiem także, dlaczego autor wybrał taki tytuł. Książka rzeczywiście jest o Alexie Crossie, ale przecież cała seria jest o nim.

Bohaterem jest więc Alex Cross, detektyw policji w Waszyngtonie, DC, który w dniu swoich urodzin zostaje poinformowany o znalezieniu szczątków swojej bratanicy, Caroline. Jej ciało zostało zmielone i tu uwaga: książka nie dla ludzi o słabym żołądku. Detektyw angażuje się w śledztwo emocjonalnie. Okazuje się, że ofiar może być więcej, problemy piętrzą się, a sprawę ciągle ktoś próbuje utrudniać, ale nie do końca wiadomo, kto.

Wątek morderstw przeplata się z chorobą Nany Mamy, babci Alexa, która a to ląduje w szpitalu, a to dostaje zawału serca, a to zapada w śpiączkę. Jednym słowem - utrudnia pracę detektywa, który spędza zdecydowanie za dużo czasu przy jej łożu boleści. Dlaczego autor przeznaczył prawie połowę książki na przesłodzone i nic nie wnoszące życie rodzinne? Żeby zwolnić tempo i dać odetchnąć czytelnikowi?
Patterson przesadził w dwie strony: rozdziały są niezwykle krótkie i akcja rzeczywiście pędzi na łeb, na szyję, że pogubić się można (i przez to właśnie łamie sobie kark). Jednak za każdym razem, gdy na scenę wkracza 90-letnia Nana, myślałam, że usnę z nudów.

Język w książce jest tak prosty, że dziecko mogłoby ją przeczytać, gdyby oczywiście nie treść. Patterson opisuje sceny seksualne i przemoc sugestywniej niż wszystkie inne, które to potraktował niezwykle powierzchownie. Ponadto autor używa zbyt dużo skrótów, w których połapać się nie można. Chyba jedyne, co brzmiało znajomo, to FBI i SWAT, więc resztę zaczęłam po prostu ignorować.

W książce panuje chaos. Rozdziały są ze sobą zbyt luźno powiązane. Nie wiadomo, kim są panoszące się na kartach postacie trzecio- i czwartoplanowe, które giną tak szybko, jak się pojawiają. Po prostu statyści, bladzi i niewyraźni; nawet nie zdąży nam się zrobić ich żal.
I kim jest osoba, od której się wszystko zaczęło - Johnny Tucci? Co ma wspólnego z całą aferą? Okoliczności odkrycia ciała Caroline pozostają niewyjaśnione i naciągane. Dlaczego nie zakopano po prostu jej szczątków w lesie, obok innych?

Liczyłam na to, że będę kibicować detektywowi w śledztwie i razem z nim tropić Zeusa (mordercę-wariata), ale się przeliczyłam.
Najgorsze jest jednak to, że w ogóle nie dochodzi do konfrontacji między Zeusem a głównym bohaterem! Czy może być coś bardziej rozczarowującego? Detektyw Cross niby taki zapracowany, ale jakoś tak nie na tropie. Czytelnik nie może na własną rękę szukać mordercy; Zeus pojawia się dopiero na samym końcu książki i jego tożsamość zostaje podana nam na tacy. Tuszowanie całej afery aż niewiarygodne. Dlaczego w takim razie nie iść na całość i nie spróbować pozbyć się samego Alexa? Przecież wszyscy świadkowie zostają wymordowywani bez litości? Ba! Nawet ścigani poza granicami kraju!

Zamieszanie, zamieszanie, ale jakoś na końcu Dobro wygrywa. Jakoś.
Wspomnę jeszcze, że w ostatnim rozdziale Alex odbiera telefon - rozmówcą okazuje się być jego największy przeciwnik, niejaki Mastermind. Miało to pewnie wzbudzić w czytelniku apetyt na kolejną porcję Alexa Crossa, ale ja nie mam zamiaru znowu przeżywać mdłości.
Przykro mi, ale największą zaletą książki było to, że niezwykle szybko dobrnęłam do jej końca.

Jeśli ktoś szuka dobrego dreszczowca, niech szuka dalej. Wydaje mi się, że thriller ten został napisany w dwa tygodnie i opublikowany tylko dlatego, że autor wyrobił sobie wcześniej nazwisko.

Ocena: 2/6

piątek, 8 kwietnia 2011

Wyciszenie

Ze względu na częste przenoszenie się z miejsca na miejsce musiałam odnaleźć przystań, którą mogłabym zabierać ze sobą. I stała się nią bliskość mojego synka.

Kiedy wtulam twarz w jego włosy, miękkie i przyjemnie łaskoczące w nos, i wdycham ich kochany zapach, i przyciskam usta do małej główki, i czuję bijące od niej ciepło, i zapominam się w jego dziecięcym głosie - wtedy wszystko zwalnia i jest przez chwilę takie, jakie być powinno.

piątek, 1 kwietnia 2011

Zmiana pogody

Ach, jak ciepło! Wybierzemy się wkrótce na basen na świeżym powietrzu.
Nadszedł też czas wiosennych porządków. Powinnam umyć okna. Nie da się ukryć, ostatnie deszcze zostawiły na nich zacieki i świat nie wygląda tak, jak wyglądać powinien.

A jest na co patrzeć. Zielono, niebiesko i jasno. Ptaki, ptaki i jeszcze raz ptaki - od maleńkich kolibrów, przez szybujące nad bagienkiem drapieżniki, po czyhające na łączce czaple.
Ptaki to przede wszystkim cudna muzyka. Nawet odgłosy szosy i lotniska zdołały się wkomponować w tę melodię wiosny.

Mokradła przed domem podeschły. Mój widok na wodę został całkowicie zasłonięty kurtyną zieleniejących się wierzb.

Temperatura w nocy utrzymywała się na przyjemnym poziomie. Nie musiałam w ogóle włączać ogrzewania. Nawet otworzyłam okno. Niedługo będziemy mogli jeść kolacje na balkonie. Oglądając zachody słońca.

Wiosna, wiosna! Może ja też się w końcu obudzę i zakwitnę?

Czy warto być perfekcjonistą?

Taki człowiek potrzebuje wieków, żeby cokolwiek wyprodukować, i mimo to nie będzie zadowolony z wyników. Przynajmniej tak jest w moim przypadku. Przy pisaniu najbardziej paraliżuje mnie właśnie chęć bycia doskonałą, a trzeba przecież pisać, żeby dokądkolwiek zajść. (Powinnam sobie wytapetować ścianę hasłami motywującymi).

Tej samej wymówki nie da się jednak zastosować do mojego zastoju w czytaniu. I jak tu teraz pisać recenzje? Wezmę się chyba za książeczki dla dzieci - tego akurat u mnie pod dostatkiem.
Ciekawe, czy to oznacza, że cofam się w rozwoju...

niedziela, 27 marca 2011

"Nowy Jork - 101 miejsc, które musisz zobaczyć"

Przyznaję, że to pierwszy tego rodzaju przewodnik, z jakim się zetknęłam. I nie tylko dlatego, że wydany został w formie e-booka. Jest to raczej spis atrakcji Nowego Jorku (a konkretnie: Manhattanu). Nie znajdziemy tu więc informacji o noclegach.

Jak sam tytuł sugeruje, książka wymienia 101 miejsc, które, według autorów, warto zobaczyć. Znajdziemy tu zakątki, o których słyszał pewnie każdy, jak i te mniej znane. Zostały one wypunktowane, opisane w kilku zdaniach i opatrzone zdjęciem. Pod każdym rozdzialikiem znajdziemy też adres z informacją o dojazdach, ceny wstępu, godziny otwarcia oraz stronę internetową. Na każdą atrakcję przypadają dokładnie dwie strony; przewodnik jest przejrzyście zorganizowany.

Książka dla tych, którzy chcą zobaczyć miasto, zrobić zdjęcia i powiedzieć: tu byłem. Także dla tych, którzy ze spisu atrakcji wybiorą te najbardziej dla siebie interesujące, a potem wyszukają więcej informacji na podanej stronie internetowej - wystarczy kliknąć (strony w języku angielskim).

Nie recenzowałam wcześniej książki nie fikcyjnej, ale w takich pozycjach oczekuję zapięcia wszystkiego na ostatni guzik. Chcę się czegoś dowiedzieć i chcę wierzyć, że autor jest dokładny. Dlatego każde niedociągnięcie tekstu podważa, moim zdaniem, autorytet pisarza. I tu od razu wada: książka nie została zaopatrzona w notki biograficzne. Nawet w internecie nie znalazłam wiele o Anecie Radziejowskiej i Marku Rygielskim. Ot, dwójka ludzi postanowiła sobie napisać przewodnik. Żartuję, ale przecież na temat autorów nie ma informacji. Gdzie mieszkają i co daje im autorytet, żeby napisać taką książkę?
Brakuje mi też wstępu i wiadomości o motywacji autorów. Dlaczego książka powstała? Dlaczego jest wyjątkowa? Co wnosi nowego? Dlaczego ta, a nie inna?
Tu od razu przechodzi się do sedna; może to i dobrze? Trudno napisać tak krótki przewodnik po tak wielkim mieście, ale ja jestem jednak przyzwyczajona do takich podstawowych informacji.

Autorzy nie są pisarzami, co dostrzec można od pierwszej strony. Język jest nieformalny, napisany nawet zbyt luźnym stylem. Są nawet buźki :). Tekst stoi na granicy książki i wpisu internetowego. Może to celowy zamysł?

Nie wiem, jak powiększyć mapki zamieszczone na pierwszych stronach przewodnika. Na moim ekranie są one nieczytelne, czyli nieprzydatne. Przyznaję jednak, że nie jestem specem od komputerów, więc na razie nikogo nie będę obarczać winą.

Największą zaletą książki jest jej obfitość w zdjęcia. Szkoda tylko, że też są niewyraźne. Wolałabym nawet, żeby były kolorowe. Nowy Jork jest przecież tak barwny!

Nie podobają mi się błędy w przewodniku. Tekstu jest przecież tak niewiele, można się było postarać. Po jakimś czasie błędy interpunkcyjne rażą i męczą przy czytaniu. Czytelnik nie powinien zgadywać, co autorzy mieli na myśli. Przecinki są ważne!
Ponadto autorzy używają słów, które w języku polskim nie występują (czy istnieje "natywna" muzyka?). Literówki, jeszcze raz interpunkcja, niekonsekwencja w nazewnictwie, a nawet błędy merytoryczne ("w XVII wieku jej gościem był George Washington" - hmm... on się wtedy nawet jeszcze nie urodził).

Możliwe, że autorzy mieszkają za granicą - wiadomo, wtedy trudniej utrzymać czystość językową. Jeżeli odbiorcą jest jednak polski czytelnik, polecam zainwestować w profesjonalnego korektora tekstu.

Przyznaję, że spodziewałam się czegoś innego: miałam rozsiąść się wygodnie przy herbacie i przenieść myślami do Nowego Jorku. Chciałam przyjemnej lektury, napisanej z polotem. Niestety, rozczarowałam się. Muszę jednak przyznać, że, jeżeli pojadę kiedyś do Nowego Jorku, z przewodnika skorzystam. Już nawet zapisałam sobie w pamięci miejsca, które muszę zobaczyć, za co jestem wdzięczna autorom.

Cieszę się także, że stałam się posiadaczką e-booka. Miałam zamiar rozeznać się w terenie i zacząć czytać książki w wersji elektronicznej, ale, znając moją ostrożność i niepewność, zajęłoby mi to trochę czasu. Kocham papier!

Ocena: 3/6


Przewodnik wygrałam w konkursie nakanapie.pl - dziękuję!