„7 grudnia
Drogi Pamiętniku!
Wczorajszy dzień ogłaszam za nader udany! Nareszcie Święty Mikołaj poniósł sromotną klęskę, a to wszystko dzięki mnie i moim pobratymcom! Hip-hip-hura! Całe Piekło wznosi toasty kieliszkami wypełnionymi po brzegi wytrawnym, czerwonym winem – moim ulubionym, ma się rozumieć!
Och, truszkę mi się ulało... wybacz!”
Tak zaczyna się opowiadanie „Przedświąteczna gonitwa” autorstwa Marii Izabeli Fuss.
Narratorem jest diabełek Imp. Tak, diabełek prowadzi pamiętnik i sam ten fakt wywołuje uśmiech na twarzy. Humor i lekki ton towarzyszą czytelnikowi już do końca utworu.
Imp wpada na pomysł, by ukraść prezenty Świętemu Mikołajowi i zepsuć Święta. Do wykonania misji bez trudu werbuje liczną grupę pobratymców: święty nie cieszy się w piekle uznaniem i nazywany jest tam Pomyleńcem, „bo nikomu nie mieści się pod kopułą, aby ktokolwiek o zdrowym umyśle rozdawał prezenty na prawo i na lewo, jakby nie było nic lepszego do roboty, tylko dzielić się rzeczami”.
Jak wynika ze wstępu, piekło świętuje, czyli plan się powiódł. To jednak nie wszystko.
Na kilkunastu stronach autorka wykreowała sympatyczny świat diabełków. Mimo ich niecnego planu, nie da się ich nie polubić. Magia miesza się tu ze światem nam znanym, czyli z jednej strony mamy w piekle alchemika, który uwarzy eliksir zmieniający głos, a z drugiej – wypożyczalnię strojów i studio wizażu. Do czego to wszystko? Jak skończy się opowiadanie? Co kryje się za tytułem utworu?
Przekonajcie się sami: historia nie jest zarezerwowana dla dzieci.
E-book do nabycia na stronie Wydaje.pl. Można się tam również zapoznać z jego bezpłatnym fragmentem.
Cały zysk ze sprzedaży zostanie przekazany na Schronisko dla Bezdomnych Zwierząt w Celestynowie.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książkowe impresje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książkowe impresje. Pokaż wszystkie posty
piątek, 9 marca 2012
środa, 28 grudnia 2011
Szczodre Gody
Michael Kobr jest nauczycielem języka niemieckiego i francuskiego, Volker Klüpfel – redaktorem kulturalnym dziennika „Augsburger Allgemeine Zeitung”. Oboje związani są z regionem Allgäu, w którym toczy się akcja książek z komisarzem Kluftingerem. „Szczodre Gody” to piąty tom serii.
Państwo Kluftingerowie wraz z małżeństwem Langhammerów wybierają się na sylwestra do hotelu w Alpach. Atrakcją pobytu jest zabawa kryminalna, w której goście mają brać aktywnie udział. Kluftingerowi przypada rola Herculesa Poirot, doktorowi Langhammerowi – Watsona. Morderstwo wydarza się jednak naprawdę, i to za drzwiami zakluczonymi od środka. Jakby tego było mało, zagrożenie lawinowe i burza śnieżna odcinają hotel od świata. Dziewiętnaście osób – która z nich popełniła zbrodnię?
Powieść przypomina nieco sławną sztukę Agathy Christie „Pułapka na myszy”, której akcja również rozgrywa się w zasypanym śniegiem pensjonacie. Autorzy otwarcie nawiązują do dzieł mistrzów gatunku, jak na przykład „Zabójstwo przy Rue Morgue” Edgara Allana Poe, czy „Morderstwo w Orient Expressie” Agathy Christie. Jednak w przeciwieństwie do tych książek, trzymających w niepewności do końca, „Szczodre Gody” w połowie robią się przewidywalne i zbyt szybko staje się jasne, kto zabił. Poza tym autorzy zamiast na śledztwie, bardziej skupiają się na konflikcie komisarza z doktorem Langhammerem. Para, starając się złapać sprawcę, robi sobie często na złość, co z czasem zaczyna działać na nerwy. Dra Langhammera przedstawiono nieprzekonywająco – nie mógł być aż takim klaunem.
Niektóre rozdziały miały za zadanie jedynie rozśmieszyć, np. Stryczki, w którym policjant i lekarz zakradają się w nocy do kuchni, żeby coś przekąsić, czy Dżemułka – opis śniadania, który pokazuje, jak mało światowy jest komisarz. Nie przybliżyło nas to do odkrycia mordercy, nie poznaliśmy bliżej podejrzanych, których portret psychologiczny jest słabo nakreślony. Zamiast dawki napięcia, otrzymujemy komisarza sabotującego pokaz fajerwerków doktora i zabierającego na pamiątkę co się da z pokoju hotelowego.
Lęk Kluftingera przed trupem, w zawodzie policjanta niepożądany, również doprowadza do sytuacji komicznych. Podczas czytania zastanawiałam się nieraz, czy Klufti urwał się z choinki? Jednak trzeba przyznać, że komisarz potrafi nieźle główkować i wykazać się inteligencją, co pokazuje między innymi przy przesłuchiwaniu gości.
Należy wspomnieć także o tytułowych Szczodrych Godach, okresie między Wigilią a świętem Trzech Króli:
„Noce Śmierci! Na samą myśl o tym ścisnęło mu żołądek. Mówiono, że wówczas nie obowiązywały prawa natury i że zacierały się granice między światami, odprawiano też magiczne rytuały. Czy właśnie stali się częścią owych mistycznych zdarzeń?” [s. 79]
I to wszystko, tylko kilka wzmianek. Szczodre Gody nie grają w książce praktycznie żadnej roli, a szkoda, gdyż pomysł zapowiadał się ciekawie i sam tytuł dopomina się o jego rozwinięcie. Brakuje mi także epilogu, ponieważ zakończenie wisi trochę w powietrzu. Uważam, że książka ma potencjał i powinna zawierać dwa razy tyle stron.
Pozycję polecam tym, którzy chcieliby rozpocząć swoją przygodę z powieścią kryminalną. Miłośnicy czystego gatunku mogą poczuć się rozczarowani. Kto liczy na mocne wrażenia, przeliczy się. Jest to niezwykle łagodna odmiana kryminału – posunęłabym się nawet do określenia „komedia z morderstwem w tle” – w której ani razu nie powieje grozą, grożą za to ataki śmiechu. Jak tylko wspomnę doktora Langhammera i jego kuferek detektywa... Śmiech gwarantowany.
Ocena: 4/6
Egzemplarz recenzyjny otrzymałam od serwisu nakanapie.pl – dziękuję!
Państwo Kluftingerowie wraz z małżeństwem Langhammerów wybierają się na sylwestra do hotelu w Alpach. Atrakcją pobytu jest zabawa kryminalna, w której goście mają brać aktywnie udział. Kluftingerowi przypada rola Herculesa Poirot, doktorowi Langhammerowi – Watsona. Morderstwo wydarza się jednak naprawdę, i to za drzwiami zakluczonymi od środka. Jakby tego było mało, zagrożenie lawinowe i burza śnieżna odcinają hotel od świata. Dziewiętnaście osób – która z nich popełniła zbrodnię?
Powieść przypomina nieco sławną sztukę Agathy Christie „Pułapka na myszy”, której akcja również rozgrywa się w zasypanym śniegiem pensjonacie. Autorzy otwarcie nawiązują do dzieł mistrzów gatunku, jak na przykład „Zabójstwo przy Rue Morgue” Edgara Allana Poe, czy „Morderstwo w Orient Expressie” Agathy Christie. Jednak w przeciwieństwie do tych książek, trzymających w niepewności do końca, „Szczodre Gody” w połowie robią się przewidywalne i zbyt szybko staje się jasne, kto zabił. Poza tym autorzy zamiast na śledztwie, bardziej skupiają się na konflikcie komisarza z doktorem Langhammerem. Para, starając się złapać sprawcę, robi sobie często na złość, co z czasem zaczyna działać na nerwy. Dra Langhammera przedstawiono nieprzekonywająco – nie mógł być aż takim klaunem.
Niektóre rozdziały miały za zadanie jedynie rozśmieszyć, np. Stryczki, w którym policjant i lekarz zakradają się w nocy do kuchni, żeby coś przekąsić, czy Dżemułka – opis śniadania, który pokazuje, jak mało światowy jest komisarz. Nie przybliżyło nas to do odkrycia mordercy, nie poznaliśmy bliżej podejrzanych, których portret psychologiczny jest słabo nakreślony. Zamiast dawki napięcia, otrzymujemy komisarza sabotującego pokaz fajerwerków doktora i zabierającego na pamiątkę co się da z pokoju hotelowego.
Lęk Kluftingera przed trupem, w zawodzie policjanta niepożądany, również doprowadza do sytuacji komicznych. Podczas czytania zastanawiałam się nieraz, czy Klufti urwał się z choinki? Jednak trzeba przyznać, że komisarz potrafi nieźle główkować i wykazać się inteligencją, co pokazuje między innymi przy przesłuchiwaniu gości.
Należy wspomnieć także o tytułowych Szczodrych Godach, okresie między Wigilią a świętem Trzech Króli:
„Noce Śmierci! Na samą myśl o tym ścisnęło mu żołądek. Mówiono, że wówczas nie obowiązywały prawa natury i że zacierały się granice między światami, odprawiano też magiczne rytuały. Czy właśnie stali się częścią owych mistycznych zdarzeń?” [s. 79]
I to wszystko, tylko kilka wzmianek. Szczodre Gody nie grają w książce praktycznie żadnej roli, a szkoda, gdyż pomysł zapowiadał się ciekawie i sam tytuł dopomina się o jego rozwinięcie. Brakuje mi także epilogu, ponieważ zakończenie wisi trochę w powietrzu. Uważam, że książka ma potencjał i powinna zawierać dwa razy tyle stron.
Pozycję polecam tym, którzy chcieliby rozpocząć swoją przygodę z powieścią kryminalną. Miłośnicy czystego gatunku mogą poczuć się rozczarowani. Kto liczy na mocne wrażenia, przeliczy się. Jest to niezwykle łagodna odmiana kryminału – posunęłabym się nawet do określenia „komedia z morderstwem w tle” – w której ani razu nie powieje grozą, grożą za to ataki śmiechu. Jak tylko wspomnę doktora Langhammera i jego kuferek detektywa... Śmiech gwarantowany.
Ocena: 4/6
Egzemplarz recenzyjny otrzymałam od serwisu nakanapie.pl – dziękuję!
czwartek, 18 sierpnia 2011
Transatlantyk
Radosław Żubrycki jest architektem, poetą i pisarzem. Publikuje na portalach internetowych, w prasie emigracyjnej oraz czasopismach architektonicznych. W e-booku znajdują się trzy jego zdjęcia, w tym jedno zajmujące całą stronę, dwa teksty od autora oraz informacja o nim samym. Promocji zdecydowanie nie zabrakło.
„Transatlantyk” tworzą opinie Żubryckiego na temat emigracji, Polaków i polityki, zapiski z podróży oraz opisy przyziemnych zdarzeń, jak rozbijanie karuzeli na placu za oknem, czy otwarcie polskiego sklepu w Belfaście, w które autor wplata swoją filozofię i w których doszukuje się drugiego dna. Artykuły z lat 2009 – 2010 są luźno ze sobą powiązane – czasami ich jedyną wspólną jest tylko autor.
Nie widziałam wcześniej tak niedbale napisanej książki: błędy ortograficzne, stylistyczne, gramatyczne, literówki i przecinki, które rządzą się własnymi prawami. Przez cały czas miałam wrażenie, że czytam egzemplarz przed korektą i że został on oddany do publikacji bez ponownego czytania, jakby był pierwszym szkicem. Co zadziwiające, książka została poddana korekcie!
Warsztat też pozostawia sporo do życzenia:
„Jordania była, jakby obok, jakby dodatkiem. Niestety, Izrael, jako kraj bardzo mnie rozczarował. Okazał się nieprzyjemny dla mnie, jako turysty” (s. 36)
Autor powtarza wyrazy o tym samym znaczeniu w celu wypełnienia miejsca. Lanie wody, rozwlekanie zdań, mnóstwo niepotrzebnych słów – teksty można by skrócić o połowę.
„O ile w tygodniu ta droga nudzi mnie i w zasadzie nie zostawia w pamięci większego śladu, o tyle w piątek zawsze coś mnie zainteresuje, zaintryguje lub zaciekawi.” (s. 46)
„W mgnieniu oka budynki skarlały, zmalały, skurczyły się.” (s. 150)
Część testów występuje pod innymi tytułami, niż zapowiada spis treści, a jednego artykułu w ogóle nie ma: e-book składa się z dwudziestu siedmiu tekstów, nie dwudziestu ośmiu. Brakuje też organizacji felietonów tematycznie. Rozdział szósty i dwudziesty piąty opowiadają o wizycie autora w Izraelu przed świętami Bożego Narodzenia: można by się obejść bez jednego z tych artykułów, po co powtarzać? Zauważyłam nieścisłości dat i liczb w „Balladzie o zamarzaniu” oraz niekonsekwencje w oznaczeniach.
Autor ostrzega we wstępie: „Niejednokrotnie czytelnik może nie zgadzać się z autorem, co do przedstawionego zdania, lub wybranej formy literackiej, niemniej jednak, nie powinien tego negować, ale tolerować, jako wyraz indywidualności każdego z nas.”(s. 6)
Jakie to zdania?
„A trzeba jasno stwierdzić, że Europejczyk mimo najszczerszych chęci, wyjazd do Japonii może przeżyć tylko dzięki macdonaldom.” (s. 150)
Niektórym odpowiada taki tok myślenia, inni odbiorą to jako arogancję i ignorancję osoby, która nie potrafi sobie poradzić za granicą.
„Kiedy już na dobre zaczęliśmy uczyć się literek, którymi oznaczona była nasza stacja [w Japonii] z ulgą odkryliśmy fakt, że na stacjach nazwy napisane są w formie cywilizowanej. Czarne arabskie litery były jak zimna whiskey z lodem na tym przedziwnym pustkowiu – orzeźwiająco-relaksujące.” (s. 152)
Forma cywilizowana? Literki japońskie? Litery arabskie? Bez komentarza.
Autor skarży się na Japończyków, że słabo mówią po angielsku i na brak cywilizacji w ich kraju. Tak, w hotelu, gdzie na zawołanie („reagują na dzwonek”) dostaje jedzenie. Dobrze, że mu polować nie kazali. A romantyczną wieś japońską uparcie nazywa „zadupiem”.
Mimo tego, przekornie, felietony o Japonii najbardziej przypadły mi do gustu: są najtreściwsze. I gdyby nie patrzenie z góry na Japończyków, czytałoby się je z przyjemnością.
Autor zbyt chętnie podkreśla, że jest „anglosaskim” blondynem. Po co? Na trzech załączonych zdjęciach widać, że czarny nie jest. Przydałoby się mu za to poczucie humoru i dystans do siebie. Na myśl nasuwa mi się kontrast z „cesarzem reportażu”. W „Podróżach z Herodotem” Kapuściński szuka podobieństw między samym sobą a ludźmi z innych kultur, nawet gdy jedzie do biedniejszych krajów. W „Transatlantyku” Żubrycki szuka różnic, a swój brak tolerancji zrzuca na karb wychowania w małym (polskim) mieście.
Autor neguje polskie szyldy w Irlandii jako brak integracji, by później wyrazić sprzeciw wobec próbom asymilacji emigrantów. Narzeka, że Polacy narzekają, klną, piją i są tak postrzegani za granicą, a potem pisze, że „trochę pijany” siada za kierownicą samochodu. I wciąż pisze o alkoholu: porównanie z whiskey, picie sake w Japonii, piwa w pociągu, piwa na śniegu... Stereotypy – czyż sami ich nie tworzymy?
Plus należy się za poruszanie problemu zamarzania bezdomnych w Polsce, czy nawoływanie do udziału Polaków w wyborach. Autora cechuje także spostrzegawczość i jako taki styl: rozwlekły i miejscami ckliwy, ale jest.
Dla kogo więc e-book? Dla osób dzielących poglądy autora i nie zważających na normy językowe.
Ocena: 2/6
Egzemplarz recenzyjny otrzymałam od serwisu nakanapie.pl – dziękuję!
„Transatlantyk” tworzą opinie Żubryckiego na temat emigracji, Polaków i polityki, zapiski z podróży oraz opisy przyziemnych zdarzeń, jak rozbijanie karuzeli na placu za oknem, czy otwarcie polskiego sklepu w Belfaście, w które autor wplata swoją filozofię i w których doszukuje się drugiego dna. Artykuły z lat 2009 – 2010 są luźno ze sobą powiązane – czasami ich jedyną wspólną jest tylko autor.
Nie widziałam wcześniej tak niedbale napisanej książki: błędy ortograficzne, stylistyczne, gramatyczne, literówki i przecinki, które rządzą się własnymi prawami. Przez cały czas miałam wrażenie, że czytam egzemplarz przed korektą i że został on oddany do publikacji bez ponownego czytania, jakby był pierwszym szkicem. Co zadziwiające, książka została poddana korekcie!
Warsztat też pozostawia sporo do życzenia:
„Jordania była, jakby obok, jakby dodatkiem. Niestety, Izrael, jako kraj bardzo mnie rozczarował. Okazał się nieprzyjemny dla mnie, jako turysty” (s. 36)
Autor powtarza wyrazy o tym samym znaczeniu w celu wypełnienia miejsca. Lanie wody, rozwlekanie zdań, mnóstwo niepotrzebnych słów – teksty można by skrócić o połowę.
„O ile w tygodniu ta droga nudzi mnie i w zasadzie nie zostawia w pamięci większego śladu, o tyle w piątek zawsze coś mnie zainteresuje, zaintryguje lub zaciekawi.” (s. 46)
„W mgnieniu oka budynki skarlały, zmalały, skurczyły się.” (s. 150)
Część testów występuje pod innymi tytułami, niż zapowiada spis treści, a jednego artykułu w ogóle nie ma: e-book składa się z dwudziestu siedmiu tekstów, nie dwudziestu ośmiu. Brakuje też organizacji felietonów tematycznie. Rozdział szósty i dwudziesty piąty opowiadają o wizycie autora w Izraelu przed świętami Bożego Narodzenia: można by się obejść bez jednego z tych artykułów, po co powtarzać? Zauważyłam nieścisłości dat i liczb w „Balladzie o zamarzaniu” oraz niekonsekwencje w oznaczeniach.
Autor ostrzega we wstępie: „Niejednokrotnie czytelnik może nie zgadzać się z autorem, co do przedstawionego zdania, lub wybranej formy literackiej, niemniej jednak, nie powinien tego negować, ale tolerować, jako wyraz indywidualności każdego z nas.”(s. 6)
Jakie to zdania?
„A trzeba jasno stwierdzić, że Europejczyk mimo najszczerszych chęci, wyjazd do Japonii może przeżyć tylko dzięki macdonaldom.” (s. 150)
Niektórym odpowiada taki tok myślenia, inni odbiorą to jako arogancję i ignorancję osoby, która nie potrafi sobie poradzić za granicą.
„Kiedy już na dobre zaczęliśmy uczyć się literek, którymi oznaczona była nasza stacja [w Japonii] z ulgą odkryliśmy fakt, że na stacjach nazwy napisane są w formie cywilizowanej. Czarne arabskie litery były jak zimna whiskey z lodem na tym przedziwnym pustkowiu – orzeźwiająco-relaksujące.” (s. 152)
Forma cywilizowana? Literki japońskie? Litery arabskie? Bez komentarza.
Autor skarży się na Japończyków, że słabo mówią po angielsku i na brak cywilizacji w ich kraju. Tak, w hotelu, gdzie na zawołanie („reagują na dzwonek”) dostaje jedzenie. Dobrze, że mu polować nie kazali. A romantyczną wieś japońską uparcie nazywa „zadupiem”.
Mimo tego, przekornie, felietony o Japonii najbardziej przypadły mi do gustu: są najtreściwsze. I gdyby nie patrzenie z góry na Japończyków, czytałoby się je z przyjemnością.
Autor zbyt chętnie podkreśla, że jest „anglosaskim” blondynem. Po co? Na trzech załączonych zdjęciach widać, że czarny nie jest. Przydałoby się mu za to poczucie humoru i dystans do siebie. Na myśl nasuwa mi się kontrast z „cesarzem reportażu”. W „Podróżach z Herodotem” Kapuściński szuka podobieństw między samym sobą a ludźmi z innych kultur, nawet gdy jedzie do biedniejszych krajów. W „Transatlantyku” Żubrycki szuka różnic, a swój brak tolerancji zrzuca na karb wychowania w małym (polskim) mieście.
Autor neguje polskie szyldy w Irlandii jako brak integracji, by później wyrazić sprzeciw wobec próbom asymilacji emigrantów. Narzeka, że Polacy narzekają, klną, piją i są tak postrzegani za granicą, a potem pisze, że „trochę pijany” siada za kierownicą samochodu. I wciąż pisze o alkoholu: porównanie z whiskey, picie sake w Japonii, piwa w pociągu, piwa na śniegu... Stereotypy – czyż sami ich nie tworzymy?
Plus należy się za poruszanie problemu zamarzania bezdomnych w Polsce, czy nawoływanie do udziału Polaków w wyborach. Autora cechuje także spostrzegawczość i jako taki styl: rozwlekły i miejscami ckliwy, ale jest.
Dla kogo więc e-book? Dla osób dzielących poglądy autora i nie zważających na normy językowe.
Ocena: 2/6
Egzemplarz recenzyjny otrzymałam od serwisu nakanapie.pl – dziękuję!
poniedziałek, 4 lipca 2011
Zacznij pisać
Autorką e-booka „Zacznij pisać. Motywacyjny poradnik dla pisarza” jest Katarzyna Krzan. Jest ona również redaktor naczelną wydawnictwa internetowego e-bookowo i autorką takich publikacji jak „Praktyczny kurs pisarstwa” oraz „Szczęśliwe macierzyństwo i jego sekrety”.
Katarzyna Krzan ukończyła kulturoznawstwo i posiada doktorat z literatury popularnej.
Okładka poradnika trafnie oddaje jego zawartość. Nie widzimy na niej mężczyzny siedzącego w zadymionym pokoiku przed maszyną do pisania, lecz uśmiechnięta dziewczyna z laptopem – zdjęcie jasne i optymistyczne, jakby chciało pokazać, że pisanie nie jest zarezerwowane dla romantycznych wybrańców, i że każdy może to robić.
Poradnik ma właśnie pomóc uwierzyć początkującemu pisarzowi we własne siły. Każdy rozdział poprzedza cytat znanego pisarza i podpiera teorię, że pisanie to przede wszystkim ciężka praca, a nie żadna magia.
Pozycja składa się z trzech części. W pierwszej – „Być pisarzem” – autorka mówi, skąd wziąć motywację do pisania i co to znaczy, być pisarzem.
W drugiej części – „Pisać, pisać, pisać” – dowiemy się, skąd brać inspiracje i z jakich elementów składa się powieść.
Jednak najbardziej wartościową częścią jest „Wydaj się”, w której czytelnik pozna drogę do wydawcy, zastanowi się nad zaletami i wadami self-publishingu (wydania książki na własną rękę), czy uzyska informację, jak otrzymać numer ISBN. Autorka przybliża też polski rynek wydawnictw elektronicznych i przedstawia sposoby promocji w internecie.
W e-booku znajdziemy ponadto propozycje dwunastu ćwiczeń, które mają pomóc początkującym przejść z teorii omówionej w rozdziale do praktyki.
Luźny styl (są nawet emotikony), daleki do naukowego język oraz przyjazny ton sprawiają, że tekst jest przystępny dla każdego, a porady łatwe do przyswojenia. Niestety, błędy (nawet ortograficzne) podważają wiarygodność autorki. Zwraca ona bowiem uwagę piszącego na schludność pracy i sprawdzanie tekstu przed oddaniem go do wydawnictwa, a z drugiej strony sama się do tego nie stosuje. Książce przydałaby się korekta.
Autorka przedstawia ponadto raz konkretne rady, innym zaś razem zdania są nieostrożnie sformułowane i ogólnikowe, np.:
„Jeśli w mało ambitną fabułę uda [się] wpleść informacje poszerzające wiedzę czytelnika, sukces mamy gwarantowany.” [s. 122] Ale kto nam ten sukces zagwarantuje?
Tematy w książce są potraktowane powierzchownie, sam e-book nie jest obszerny, więc zainteresowani karierą pisarską powinni przygotować się na zakup publikacji, które rzemiosło to traktują dużo głębiej. Z podręcznika mogą skorzystać do rozeznania się w terenie i sprawdzenia, czy pisanie jest im rzeczywiście przeznaczone. Pozycja przydatna także dla tych, którzy chcieliby się dowiedzieć, jak wydać książkę w formie e-booka i czy samopublikowanie to samobójstwo autora.
Do podręcznika jeszcze wrócę. Aspirującym pisarzom polecam jednak korzystanie też z innych źródeł w drodze do sukcesu.
Ocena: 3/6
Egzemplarz recenzyjny otrzymałam od serwisu nakanapie.pl – dziękuję!
Katarzyna Krzan ukończyła kulturoznawstwo i posiada doktorat z literatury popularnej.
Okładka poradnika trafnie oddaje jego zawartość. Nie widzimy na niej mężczyzny siedzącego w zadymionym pokoiku przed maszyną do pisania, lecz uśmiechnięta dziewczyna z laptopem – zdjęcie jasne i optymistyczne, jakby chciało pokazać, że pisanie nie jest zarezerwowane dla romantycznych wybrańców, i że każdy może to robić.
Poradnik ma właśnie pomóc uwierzyć początkującemu pisarzowi we własne siły. Każdy rozdział poprzedza cytat znanego pisarza i podpiera teorię, że pisanie to przede wszystkim ciężka praca, a nie żadna magia.
Pozycja składa się z trzech części. W pierwszej – „Być pisarzem” – autorka mówi, skąd wziąć motywację do pisania i co to znaczy, być pisarzem.
W drugiej części – „Pisać, pisać, pisać” – dowiemy się, skąd brać inspiracje i z jakich elementów składa się powieść.
Jednak najbardziej wartościową częścią jest „Wydaj się”, w której czytelnik pozna drogę do wydawcy, zastanowi się nad zaletami i wadami self-publishingu (wydania książki na własną rękę), czy uzyska informację, jak otrzymać numer ISBN. Autorka przybliża też polski rynek wydawnictw elektronicznych i przedstawia sposoby promocji w internecie.
W e-booku znajdziemy ponadto propozycje dwunastu ćwiczeń, które mają pomóc początkującym przejść z teorii omówionej w rozdziale do praktyki.
Luźny styl (są nawet emotikony), daleki do naukowego język oraz przyjazny ton sprawiają, że tekst jest przystępny dla każdego, a porady łatwe do przyswojenia. Niestety, błędy (nawet ortograficzne) podważają wiarygodność autorki. Zwraca ona bowiem uwagę piszącego na schludność pracy i sprawdzanie tekstu przed oddaniem go do wydawnictwa, a z drugiej strony sama się do tego nie stosuje. Książce przydałaby się korekta.
Autorka przedstawia ponadto raz konkretne rady, innym zaś razem zdania są nieostrożnie sformułowane i ogólnikowe, np.:
„Jeśli w mało ambitną fabułę uda [się] wpleść informacje poszerzające wiedzę czytelnika, sukces mamy gwarantowany.” [s. 122] Ale kto nam ten sukces zagwarantuje?
Tematy w książce są potraktowane powierzchownie, sam e-book nie jest obszerny, więc zainteresowani karierą pisarską powinni przygotować się na zakup publikacji, które rzemiosło to traktują dużo głębiej. Z podręcznika mogą skorzystać do rozeznania się w terenie i sprawdzenia, czy pisanie jest im rzeczywiście przeznaczone. Pozycja przydatna także dla tych, którzy chcieliby się dowiedzieć, jak wydać książkę w formie e-booka i czy samopublikowanie to samobójstwo autora.
Do podręcznika jeszcze wrócę. Aspirującym pisarzom polecam jednak korzystanie też z innych źródeł w drodze do sukcesu.
Ocena: 3/6
Egzemplarz recenzyjny otrzymałam od serwisu nakanapie.pl – dziękuję!
środa, 8 czerwca 2011
„W moim magicznym domu wszystko się zdarzyć może. Same zmyślają się historie, sam się rozgryza orzech.”
„Czarownica z Radosnej” to debiut powieściowy Zofii Staniszewskiej, która tworzy również wiersze, dramaty, a dla dzieci – baśnie terapeutyczne i bajki. Była nauczycielka języka polskiego, od kilku lat mieszka na wsi.
Akcja książki toczy się we współczesnej wsi – Radosnej, a historia skupia się wokół młodej wdowy, samotnie wychowującej dwójkę dzieci. Jagoda pracuje w bibliotece szkolnej, naucza jazdy konnej, zajmuje się czterema wierzchowcami, pięcioma psami, kotem i dwuhektarowym pastwiskiem. Piecze, gotuje, robi przetwory. Znajduje czas na pogaduchy przy kominku i dyskusje na temat astronomii, malarstwa, czy duchowieństwa. Wspomoże chorą sąsiadkę naparem z własnoręcznie zbieranych kwiatów lipy, wysłucha zdradzanej siostry i sprawi, że upośledzony synek przyjaciółki z miasta uwierzy w siebie.
Fizycznie chyba nikt nie byłby w stanie temu podołać. Może Jagoda rzeczywiście jest czarownicą?
Głównym napędem historii jest poszukiwanie miłości. Od śmierci męża Jagody minęły trzy lata i od tamtego momentu czas stanął w miejscu. Sąsiadki, przyjaciółki i siostra próbują wyswatać Jagodę, lecz dziewczyna zaklina szczęście po swojemu: puszczaniem wianków w noc Kupały, składaniem kolczyków w ofierze pradawnej bogini Ziemi-Matce. Niestety, kiedy w końcu pojawia się odpowiedni kandydat, historia staje się banalna i nieprzekonywająca; nie czuć napięcia między Jagodą a Jakubem.
Autorka jednak wspaniale pokazuje nam życie na wsi. Umiejętnie wplata w opowieść tradycje, wierzenia i obrzędy (wyprawa po kwiat paproci w noc świętojańską), ale też wyśmiewa plotkarstwo, fałszywą religijność i donosicielstwo z zazdrości o dotacje unijne pośród rolników.
Usłyszymy tu o diabłach, dziwożonach i innych postaciach z mitologii słowiańskiej, znajdziemy baśnie, wyliczanki, fragmenty z XV-wiecznych „Ksiąg sabatowych” i gawędy ludowe. Gwara nada dialogom autentyczności, a wyszukane, przebogate opisy przyrody, z konkretnymi nazwami roślin i zwierząt, odczuć można wszystkimi zmysłami.
Na uwagę zasługuje też kreacja zabawnych i barwnych mieszkańców Radosnej: wścibska Ryśkowa z jej ciągłym „Tfu! Łobraza boska!”, Babucha z kozą, karykaturalna dyrektor Kopytko. Niestety, nakreślenie głębokich postaci już autorce nie wychodzi: Jakub, Paweł, czy na przykład Magda przedstawiają się nijako i nie zapadają w pamięci.
Autorka urządziła nam wielodaniową ucztę: książkę urozmaica poszukiwanie zatopionego skarbu młynarza, gang Krechlatego i handel kradzionymi samochodami, objawienie przy wierzbie, wirtualna zdrada małżeńska, czy egzorcyzmy. Szkoda tylko, że wątki są potraktowane zbyt powierzchownie, a wiele z nich nie doczekało się nawet zakończenia. Może autorka pokusi się o kontynuację powieści?
Niedociągnięciem e-booka są też literówki, interpunkcja, mieszanie nazwisk (Babucha to raz Murielowa, raz Drozdowa, dyrektorka szkoły – raz Kopytko, raz Kolska). Ponadto częsta zmiana narratora męczy: historię opowiada zbyt wiele postaci, zarówno w pierwszej, jak i trzeciej osobie.
Książka kończy się słodkim akcentem: na ostatnich stronach znajdziemy kilka przepisów Jagody. (Notabene: przy niektórych ciastach nie podano, niestety, czasu pieczenia.)
„Czarownicę z Radosnej” czyta się szybko i przyjemnie. Jeżeli chcemy zapomnieć przez chwilę o rzeczywistości, warto przenieść się do świata pani Staniszewskiej, gdzie płonie ogień w kominku, kot mruczy na kolanach, i gdzie historia kobiety kończy się szczęśliwie, jak na baśń przystało.
Ocena: 3,5/6
Egzemplarz recenzyjny otrzymałam od serwisu nakanapie.pl - dziękuję!
Akcja książki toczy się we współczesnej wsi – Radosnej, a historia skupia się wokół młodej wdowy, samotnie wychowującej dwójkę dzieci. Jagoda pracuje w bibliotece szkolnej, naucza jazdy konnej, zajmuje się czterema wierzchowcami, pięcioma psami, kotem i dwuhektarowym pastwiskiem. Piecze, gotuje, robi przetwory. Znajduje czas na pogaduchy przy kominku i dyskusje na temat astronomii, malarstwa, czy duchowieństwa. Wspomoże chorą sąsiadkę naparem z własnoręcznie zbieranych kwiatów lipy, wysłucha zdradzanej siostry i sprawi, że upośledzony synek przyjaciółki z miasta uwierzy w siebie.
Fizycznie chyba nikt nie byłby w stanie temu podołać. Może Jagoda rzeczywiście jest czarownicą?
Głównym napędem historii jest poszukiwanie miłości. Od śmierci męża Jagody minęły trzy lata i od tamtego momentu czas stanął w miejscu. Sąsiadki, przyjaciółki i siostra próbują wyswatać Jagodę, lecz dziewczyna zaklina szczęście po swojemu: puszczaniem wianków w noc Kupały, składaniem kolczyków w ofierze pradawnej bogini Ziemi-Matce. Niestety, kiedy w końcu pojawia się odpowiedni kandydat, historia staje się banalna i nieprzekonywająca; nie czuć napięcia między Jagodą a Jakubem.
Autorka jednak wspaniale pokazuje nam życie na wsi. Umiejętnie wplata w opowieść tradycje, wierzenia i obrzędy (wyprawa po kwiat paproci w noc świętojańską), ale też wyśmiewa plotkarstwo, fałszywą religijność i donosicielstwo z zazdrości o dotacje unijne pośród rolników.
Usłyszymy tu o diabłach, dziwożonach i innych postaciach z mitologii słowiańskiej, znajdziemy baśnie, wyliczanki, fragmenty z XV-wiecznych „Ksiąg sabatowych” i gawędy ludowe. Gwara nada dialogom autentyczności, a wyszukane, przebogate opisy przyrody, z konkretnymi nazwami roślin i zwierząt, odczuć można wszystkimi zmysłami.
Na uwagę zasługuje też kreacja zabawnych i barwnych mieszkańców Radosnej: wścibska Ryśkowa z jej ciągłym „Tfu! Łobraza boska!”, Babucha z kozą, karykaturalna dyrektor Kopytko. Niestety, nakreślenie głębokich postaci już autorce nie wychodzi: Jakub, Paweł, czy na przykład Magda przedstawiają się nijako i nie zapadają w pamięci.
Autorka urządziła nam wielodaniową ucztę: książkę urozmaica poszukiwanie zatopionego skarbu młynarza, gang Krechlatego i handel kradzionymi samochodami, objawienie przy wierzbie, wirtualna zdrada małżeńska, czy egzorcyzmy. Szkoda tylko, że wątki są potraktowane zbyt powierzchownie, a wiele z nich nie doczekało się nawet zakończenia. Może autorka pokusi się o kontynuację powieści?
Niedociągnięciem e-booka są też literówki, interpunkcja, mieszanie nazwisk (Babucha to raz Murielowa, raz Drozdowa, dyrektorka szkoły – raz Kopytko, raz Kolska). Ponadto częsta zmiana narratora męczy: historię opowiada zbyt wiele postaci, zarówno w pierwszej, jak i trzeciej osobie.
Książka kończy się słodkim akcentem: na ostatnich stronach znajdziemy kilka przepisów Jagody. (Notabene: przy niektórych ciastach nie podano, niestety, czasu pieczenia.)
„Czarownicę z Radosnej” czyta się szybko i przyjemnie. Jeżeli chcemy zapomnieć przez chwilę o rzeczywistości, warto przenieść się do świata pani Staniszewskiej, gdzie płonie ogień w kominku, kot mruczy na kolanach, i gdzie historia kobiety kończy się szczęśliwie, jak na baśń przystało.
Ocena: 3,5/6
Egzemplarz recenzyjny otrzymałam od serwisu nakanapie.pl - dziękuję!
piątek, 20 maja 2011
Opowieści malarki
Anna Malinowska jest malarką, rysowniczką i grafikiem komputerowym. Pisanie to jej hobby.
Pierwsze, co przykuwa uwagę w "Opowieściach hrabiny", to właśnie kopie obrazów artystki. E-book składa się z 20 ilustracji i 20 luźno ze sobą powiązanych opowiadań, w których rzeczywistość przeplata się z elementami magicznymi.
Kto jest głównym bohaterem "Opowieści..."? Wiele różnych postaci. Każdy dostał swoje pięć minut: od tytułowej hrabiny Anny von Skrzat herbu Pompon, przez klacz andaluzyjską Eleonorę, po Grabie Gabriela. Ludzie, zwierzęta, przedmioty, zjawiska... Wszyscy mają swoją historię, której wyrywki przedstawia nam książka.
Niektóre postacie występują w kilku opowiadaniach. Czasami trafimy na wzmiankę wyjaśniającą zależność jednego bohatera od drugiego, ich stopień pokrewieństwa. W jednym z opowiadań na przykład poznajemy Henryka (w przyszłości zostanie on Ryszardem Lwie Serce), który okazuje się być bratankiem Stefanii Księżyc, emerytki, zmienionej później w konewkę, podlewającą z radością pontony. W kolejnym rozdziale dowiadujemy się, iż niejaka Mariola ze wsi Nahajka w Czechosłowacji jest nieślubną córką właśnie konewki Stefanii i Śpiącego Rycerza, którego to Śpiący Koń jest bratem Eleonory, przyjaciółki tytułowej hrabiny. Zakręcone? Ale daje nam odczuć klimat książki.
Zwróćcie uwagę na bohaterów – Śpiący Rycerz, Latający Dywan, rodzina Skrzatów, Godzilla, Ryszard Lwie Serce, – kojarzonych przecież z baśnią, mitem, legendą, w tym przypadku jednak osadzonych w zupełnie innych realiach, wyciągniętych niejako z ich środowiska naturalnego.
Gdzie toczy się akcja? Mowa jest zarówno o miejscach istniejących (Toledo, wysypisko śmieci), jak i o tych wymyślonych (Cytrynowe Jeziora, leżące wysoko ponad chmurami), albo jeszcze niezbadanych (przestrzeń kosmiczna).
A czas? Czas nie gra roli, płynie nielogicznie, nie można na nim polegać. Zdarzenia mogły mieć miejsce kiedykolwiek, np. o godzinie 26.
Książka nie ma także jasnego wątku; narrator (nieokreślony) wędruje raczej od słowa do słowa, według dowolnych skojarzeń. Język prosty, sporadycznie poetycki, niekiedy przyziemny, a czasem wręcz niechlujny i z błędami ortograficznymi.
Czytanie męczy przez ciągłe przeskakiwanie z tematu na temat, przez krótkie, urywane zdania, przez przecinki postawione w tak złych miejscach, iż podejrzewam, że to zabieg celowy (tylko co jest celem?). Mój mózg podświadomie pracował na wysokich obrotach, żeby uchwycić sens, powiązać ze sobą opowiadania, znaleźć jakąś wspólną. Cóż za żmudne praca! I bezowocna...
Autorka daje się ponieść wodzom fantazji, w utworze panuje pełna wolność, tu wszystko wydaje się możliwe, jak we śnie. Z drugiej zaś strony pada pytanie – czy to czemuś służy? Co autorka chciała nam pokazać?
Trudno ocenić mi tę książkę. Podczas czytania żonglowałam w myślach pojęciem "absurd", "abstrakcja" i "dywagacja". Książka nie należy do pozycji komercyjnych, zasługuje więc pewnie na miano niszowej. Ale kogo mogłaby ona zainteresować? Możliwe, że „Opowieści hrabiny” spodobałyby się fanom realizmu magicznego, w którym to stylu Anna Malinowska tworzy. Ciekawe, czy malarze odebraliby książkę w przewidziany przez autorkę sposób?
Zastanawiam się również, czy artystka próbuje promować swoje obrazy, czy jej obrazy mają nam jedynie przypominać, że książkę należy odbierać kierując się wyłącznie emocjami, zapominając o logice. Może wcale nie chodzi o zrozumienie, tylko o odczucia, wrażenia?
Artystka tak mówi o swoich pracach:
"W moim malarstwie najważniejszy jest nastrój, klimat. Przez wielość przedmiotów i postaci konstruuję odrealnione sytuacje i zdarzenia, które nie są łatwe do nazwania, do określenia. Moje obrazy składają się z wielu warstw znaczeniowych, z pozoru prostych, ale w całości nie tak łatwych do rozszyfrowania przy pierwszym kontakcie. Zależy mi na tym, aby odbiorcę dyskretnie "wciągnąć w obraz", aby dać mu szansę na zetknięcie się z inną jakością."
Jeżeli więc czytelnik nie boi się wyzwań i chciałby zetknąć się z inną jakością, "Opowieści hrabiny" mogą przypaść mu do gustu.
Ocena: 3/6
Egzemplarz recenzyjny otrzymałam od serwisu nakanapie.pl – dziękuję!
Pierwsze, co przykuwa uwagę w "Opowieściach hrabiny", to właśnie kopie obrazów artystki. E-book składa się z 20 ilustracji i 20 luźno ze sobą powiązanych opowiadań, w których rzeczywistość przeplata się z elementami magicznymi.
Kto jest głównym bohaterem "Opowieści..."? Wiele różnych postaci. Każdy dostał swoje pięć minut: od tytułowej hrabiny Anny von Skrzat herbu Pompon, przez klacz andaluzyjską Eleonorę, po Grabie Gabriela. Ludzie, zwierzęta, przedmioty, zjawiska... Wszyscy mają swoją historię, której wyrywki przedstawia nam książka.
Niektóre postacie występują w kilku opowiadaniach. Czasami trafimy na wzmiankę wyjaśniającą zależność jednego bohatera od drugiego, ich stopień pokrewieństwa. W jednym z opowiadań na przykład poznajemy Henryka (w przyszłości zostanie on Ryszardem Lwie Serce), który okazuje się być bratankiem Stefanii Księżyc, emerytki, zmienionej później w konewkę, podlewającą z radością pontony. W kolejnym rozdziale dowiadujemy się, iż niejaka Mariola ze wsi Nahajka w Czechosłowacji jest nieślubną córką właśnie konewki Stefanii i Śpiącego Rycerza, którego to Śpiący Koń jest bratem Eleonory, przyjaciółki tytułowej hrabiny. Zakręcone? Ale daje nam odczuć klimat książki.
Zwróćcie uwagę na bohaterów – Śpiący Rycerz, Latający Dywan, rodzina Skrzatów, Godzilla, Ryszard Lwie Serce, – kojarzonych przecież z baśnią, mitem, legendą, w tym przypadku jednak osadzonych w zupełnie innych realiach, wyciągniętych niejako z ich środowiska naturalnego.
Gdzie toczy się akcja? Mowa jest zarówno o miejscach istniejących (Toledo, wysypisko śmieci), jak i o tych wymyślonych (Cytrynowe Jeziora, leżące wysoko ponad chmurami), albo jeszcze niezbadanych (przestrzeń kosmiczna).
A czas? Czas nie gra roli, płynie nielogicznie, nie można na nim polegać. Zdarzenia mogły mieć miejsce kiedykolwiek, np. o godzinie 26.
Książka nie ma także jasnego wątku; narrator (nieokreślony) wędruje raczej od słowa do słowa, według dowolnych skojarzeń. Język prosty, sporadycznie poetycki, niekiedy przyziemny, a czasem wręcz niechlujny i z błędami ortograficznymi.
Czytanie męczy przez ciągłe przeskakiwanie z tematu na temat, przez krótkie, urywane zdania, przez przecinki postawione w tak złych miejscach, iż podejrzewam, że to zabieg celowy (tylko co jest celem?). Mój mózg podświadomie pracował na wysokich obrotach, żeby uchwycić sens, powiązać ze sobą opowiadania, znaleźć jakąś wspólną. Cóż za żmudne praca! I bezowocna...
Autorka daje się ponieść wodzom fantazji, w utworze panuje pełna wolność, tu wszystko wydaje się możliwe, jak we śnie. Z drugiej zaś strony pada pytanie – czy to czemuś służy? Co autorka chciała nam pokazać?
Trudno ocenić mi tę książkę. Podczas czytania żonglowałam w myślach pojęciem "absurd", "abstrakcja" i "dywagacja". Książka nie należy do pozycji komercyjnych, zasługuje więc pewnie na miano niszowej. Ale kogo mogłaby ona zainteresować? Możliwe, że „Opowieści hrabiny” spodobałyby się fanom realizmu magicznego, w którym to stylu Anna Malinowska tworzy. Ciekawe, czy malarze odebraliby książkę w przewidziany przez autorkę sposób?
Zastanawiam się również, czy artystka próbuje promować swoje obrazy, czy jej obrazy mają nam jedynie przypominać, że książkę należy odbierać kierując się wyłącznie emocjami, zapominając o logice. Może wcale nie chodzi o zrozumienie, tylko o odczucia, wrażenia?
Artystka tak mówi o swoich pracach:
"W moim malarstwie najważniejszy jest nastrój, klimat. Przez wielość przedmiotów i postaci konstruuję odrealnione sytuacje i zdarzenia, które nie są łatwe do nazwania, do określenia. Moje obrazy składają się z wielu warstw znaczeniowych, z pozoru prostych, ale w całości nie tak łatwych do rozszyfrowania przy pierwszym kontakcie. Zależy mi na tym, aby odbiorcę dyskretnie "wciągnąć w obraz", aby dać mu szansę na zetknięcie się z inną jakością."
Jeżeli więc czytelnik nie boi się wyzwań i chciałby zetknąć się z inną jakością, "Opowieści hrabiny" mogą przypaść mu do gustu.
Ocena: 3/6
Egzemplarz recenzyjny otrzymałam od serwisu nakanapie.pl – dziękuję!
środa, 4 maja 2011
"Przerwana misja", Albert Szparaga
"Lekki, lecz nieustający szum przyrządów napełniał niewielką przestrzeń mostka zajmowaną przez czworo ludzi drażniącym pomrukiem", dowiadujemy się z pierwszego rozdziału „Przerwanej misji” Alberta Szparagi. Mnie przy czytaniu tego e-booka towarzyszył nieprzerwanie szum przestarzałego komputera. Nie ma to jak wczuć się w klimat.
Załoga statku kosmicznego Antares leci do odległego układu Ceres. Od czasu do czasu widzimy nierozpoznawalnego w ciemnościach mężczyznę, który manipuluje przy urządzeniach statku. Wkrótce kosmolot zaczyna się psuć. Czy to sabotaż? Astronauci robią, co mogą, żeby kontynuować misję badawczą, a potem - gdy sytuacja staje się krytyczna - by po prostu wyjść z niej cało.
Po skończeniu pierwszego rozdziału chciałam wiedzieć, co stanie się dalej. Kim jest sabotażysta na statku? Dlaczego próbuje uszkodzić kosmolot? Czy mu się to uda?
Niestety, książka szybko staje się przewidywalna i przestaje trzymać w napięciu. Szkoda, ponieważ pomysł na historię jest ciekawy. Walka z potęgą kosmosu, gdzie można liczyć tylko na siebie i swoich towarzyszy, na wiedzę, doświadczenie, pomysłowość człowieka. Czy to wystarczy, by przeżyć?
Pozostałe elementy powieści nie wyglądają już jednak tak dobrze. Świat przedstawiony przez autora jest... prawie niewidzialny. Nie odczuwałam, że znajduję się na statku kosmicznym, gdzieś daleko od Ziemi. Książka za sucha; nie daje nam odlecieć hen, do gwiazd i wziąć udziału w niezwykłej przygodzie. Odniosłam wrażenie, jakbym się przyglądała akcji zza dźwiękoszczelnej szyby, zamiast znaleźć się na scenie. Niektóre wątki poboczne nic nie wnosiły do książki i można byłoby je śmiało pominąć. Wydaje mi się też, że autor próbował wprowadzić zbyt dużo informacji z przyszłości, ale niestety, tylko pobieżnie. Na przykład wzmianka o faunie Marsa wzbudziła moją ciekawość, ale potem zrodziła tylko frustrację, ponieważ autor nie zagłębił się w temat, nie zaprosił do swojego świata. A ja miałam ochotę wejść, przyjrzeć się, zajrzeć, dotknąć.
Ponadto język nieporadny, ze sporą ilością błędów stylistycznych, gramatycznych, interpunkcyjnych, literówek. Można było tego uniknąć dzięki korekcie; nie podoba mi się takie zaniedbanie.
Dużo pustych słów, tak zwanego „lania wody”, oraz wyjaśnień rzeczy oczywistych, aż do znudzenia i irytacji. Dialogi sztywne i niewiarygodne. Autor próbował nadać im autentyczności, wprowadzając "cholery", "szlagi", "pierdoły", "dupy", "odpieprz się", ale to nie pomogło - nie odczuwałam stresu bohaterów, nie odczuwałam ulgi, czy euforii. Podobnie z napięciem seksualnym między członkami załogi – było w ogóle coś takiego?
Najbardziej zawiodłam się na postaciach. Owszem, bohaterowie są sympatyczni, ale... jak to - zaledwie sześć osób na statku, a ja musiałam sobie rozpisać, kto jest kim i często do tych notatek zaglądać? Postacie nijakie i tak do siebie podobne, że nawet sam autor ich nie odróżniał i mylił imiona. Zamiarem powieści miało być podejście do wyprawy kosmonautów z psychologicznego punktu widzenia, pokazanie związków międzyludzkich, reakcji, zachowań. Historia miała bazować na postaciach i w takim układzie powinny one zostać starannie dopracowane, ożywione. Tymczasem są one płaskie, drętwe, nieprzekonywające. Autor próbuje wmówić nam, jacy z nich zawodowcy, jacy oni inteligentni, ale ja tego nie widzę.
Trudno jest pewnie pisać książki science fiction, ponieważ w wykreowanym przez siebie świecie autor musi przestrzegać ogólnie znanych praw nauki, a rzeczy dla nas nieosiągalne (jak prędkość „nadświetlna”) - w miarę logicznie wytłumaczyć. Fizyka, chemia, matematyka, astronomia nie przestają nagle obowiązywać; autor musi posiadać jakieś rozeznanie w dziedzinie i nie pisać abstrakcyjnie. Według informacji znalezionych w internecie, Albert Szparaga jest inżynierem i pracuje jako samodzielny konstruktor w wojskowych zakładach lotniczych, gdzie jednym z jego obowiązków jest „wprowadzanie nowych technologii i innowacji”. Cieszę się, że swoją wiedzę miał okazję wykorzystać w „Przerwanej misji”.
Plusem powieści jest również to, że przypomniała mi, jak wielką przyjemność potrafię czerpać z fantastyki naukowej. Z chęcią sięgnę po kolejne pozycje gatunku.
Mam nadzieję, że następna książka Alberta Szparagi będzie lepiej dopracowana i tym razem porwie nas w swój świat. Życzę autorowi sukcesu!
Ocena: 3/6
Egzemplarz recenzyjny otrzymałam od serwisu nakanapie.pl - dziękuję!
Załoga statku kosmicznego Antares leci do odległego układu Ceres. Od czasu do czasu widzimy nierozpoznawalnego w ciemnościach mężczyznę, który manipuluje przy urządzeniach statku. Wkrótce kosmolot zaczyna się psuć. Czy to sabotaż? Astronauci robią, co mogą, żeby kontynuować misję badawczą, a potem - gdy sytuacja staje się krytyczna - by po prostu wyjść z niej cało.
Po skończeniu pierwszego rozdziału chciałam wiedzieć, co stanie się dalej. Kim jest sabotażysta na statku? Dlaczego próbuje uszkodzić kosmolot? Czy mu się to uda?
Niestety, książka szybko staje się przewidywalna i przestaje trzymać w napięciu. Szkoda, ponieważ pomysł na historię jest ciekawy. Walka z potęgą kosmosu, gdzie można liczyć tylko na siebie i swoich towarzyszy, na wiedzę, doświadczenie, pomysłowość człowieka. Czy to wystarczy, by przeżyć?
Pozostałe elementy powieści nie wyglądają już jednak tak dobrze. Świat przedstawiony przez autora jest... prawie niewidzialny. Nie odczuwałam, że znajduję się na statku kosmicznym, gdzieś daleko od Ziemi. Książka za sucha; nie daje nam odlecieć hen, do gwiazd i wziąć udziału w niezwykłej przygodzie. Odniosłam wrażenie, jakbym się przyglądała akcji zza dźwiękoszczelnej szyby, zamiast znaleźć się na scenie. Niektóre wątki poboczne nic nie wnosiły do książki i można byłoby je śmiało pominąć. Wydaje mi się też, że autor próbował wprowadzić zbyt dużo informacji z przyszłości, ale niestety, tylko pobieżnie. Na przykład wzmianka o faunie Marsa wzbudziła moją ciekawość, ale potem zrodziła tylko frustrację, ponieważ autor nie zagłębił się w temat, nie zaprosił do swojego świata. A ja miałam ochotę wejść, przyjrzeć się, zajrzeć, dotknąć.
Ponadto język nieporadny, ze sporą ilością błędów stylistycznych, gramatycznych, interpunkcyjnych, literówek. Można było tego uniknąć dzięki korekcie; nie podoba mi się takie zaniedbanie.
Dużo pustych słów, tak zwanego „lania wody”, oraz wyjaśnień rzeczy oczywistych, aż do znudzenia i irytacji. Dialogi sztywne i niewiarygodne. Autor próbował nadać im autentyczności, wprowadzając "cholery", "szlagi", "pierdoły", "dupy", "odpieprz się", ale to nie pomogło - nie odczuwałam stresu bohaterów, nie odczuwałam ulgi, czy euforii. Podobnie z napięciem seksualnym między członkami załogi – było w ogóle coś takiego?
Najbardziej zawiodłam się na postaciach. Owszem, bohaterowie są sympatyczni, ale... jak to - zaledwie sześć osób na statku, a ja musiałam sobie rozpisać, kto jest kim i często do tych notatek zaglądać? Postacie nijakie i tak do siebie podobne, że nawet sam autor ich nie odróżniał i mylił imiona. Zamiarem powieści miało być podejście do wyprawy kosmonautów z psychologicznego punktu widzenia, pokazanie związków międzyludzkich, reakcji, zachowań. Historia miała bazować na postaciach i w takim układzie powinny one zostać starannie dopracowane, ożywione. Tymczasem są one płaskie, drętwe, nieprzekonywające. Autor próbuje wmówić nam, jacy z nich zawodowcy, jacy oni inteligentni, ale ja tego nie widzę.
Trudno jest pewnie pisać książki science fiction, ponieważ w wykreowanym przez siebie świecie autor musi przestrzegać ogólnie znanych praw nauki, a rzeczy dla nas nieosiągalne (jak prędkość „nadświetlna”) - w miarę logicznie wytłumaczyć. Fizyka, chemia, matematyka, astronomia nie przestają nagle obowiązywać; autor musi posiadać jakieś rozeznanie w dziedzinie i nie pisać abstrakcyjnie. Według informacji znalezionych w internecie, Albert Szparaga jest inżynierem i pracuje jako samodzielny konstruktor w wojskowych zakładach lotniczych, gdzie jednym z jego obowiązków jest „wprowadzanie nowych technologii i innowacji”. Cieszę się, że swoją wiedzę miał okazję wykorzystać w „Przerwanej misji”.
Plusem powieści jest również to, że przypomniała mi, jak wielką przyjemność potrafię czerpać z fantastyki naukowej. Z chęcią sięgnę po kolejne pozycje gatunku.
Mam nadzieję, że następna książka Alberta Szparagi będzie lepiej dopracowana i tym razem porwie nas w swój świat. Życzę autorowi sukcesu!
Ocena: 3/6
Egzemplarz recenzyjny otrzymałam od serwisu nakanapie.pl - dziękuję!
niedziela, 17 kwietnia 2011
"I, Alex Cross", James Patterson
Jako że ostatnio moją lekturą są głównie książki dla dzieci, postanowiłam odreagować i zaopatrzyć się w porządny thriller. Nie czytałam jeszcze żadnej powieści Pattersona, a nazwisko znane, więc wybrałam “I, Alex Cross”. Z okładki wynika, że to bestseller na liście New York Timesa, opis też wydaje się wciągający. Był to zakup spontaniczny; nie miałam okazji zapoznać się wcześniej z żadną krytyką. Dostałam nauczkę.
“I, Alex Cross” to szesnasta pozycja serii z tytułowym detektywem. Niestety, nie zachęciła mnie ona do zapoznania się z pozostałymi. Nie rozumiem także, dlaczego autor wybrał taki tytuł. Książka rzeczywiście jest o Alexie Crossie, ale przecież cała seria jest o nim.
Bohaterem jest więc Alex Cross, detektyw policji w Waszyngtonie, DC, który w dniu swoich urodzin zostaje poinformowany o znalezieniu szczątków swojej bratanicy, Caroline. Jej ciało zostało zmielone i tu uwaga: książka nie dla ludzi o słabym żołądku. Detektyw angażuje się w śledztwo emocjonalnie. Okazuje się, że ofiar może być więcej, problemy piętrzą się, a sprawę ciągle ktoś próbuje utrudniać, ale nie do końca wiadomo, kto.
Wątek morderstw przeplata się z chorobą Nany Mamy, babci Alexa, która a to ląduje w szpitalu, a to dostaje zawału serca, a to zapada w śpiączkę. Jednym słowem - utrudnia pracę detektywa, który spędza zdecydowanie za dużo czasu przy jej łożu boleści. Dlaczego autor przeznaczył prawie połowę książki na przesłodzone i nic nie wnoszące życie rodzinne? Żeby zwolnić tempo i dać odetchnąć czytelnikowi?
Patterson przesadził w dwie strony: rozdziały są niezwykle krótkie i akcja rzeczywiście pędzi na łeb, na szyję, że pogubić się można (i przez to właśnie łamie sobie kark). Jednak za każdym razem, gdy na scenę wkracza 90-letnia Nana, myślałam, że usnę z nudów.
Język w książce jest tak prosty, że dziecko mogłoby ją przeczytać, gdyby oczywiście nie treść. Patterson opisuje sceny seksualne i przemoc sugestywniej niż wszystkie inne, które to potraktował niezwykle powierzchownie. Ponadto autor używa zbyt dużo skrótów, w których połapać się nie można. Chyba jedyne, co brzmiało znajomo, to FBI i SWAT, więc resztę zaczęłam po prostu ignorować.
W książce panuje chaos. Rozdziały są ze sobą zbyt luźno powiązane. Nie wiadomo, kim są panoszące się na kartach postacie trzecio- i czwartoplanowe, które giną tak szybko, jak się pojawiają. Po prostu statyści, bladzi i niewyraźni; nawet nie zdąży nam się zrobić ich żal.
I kim jest osoba, od której się wszystko zaczęło - Johnny Tucci? Co ma wspólnego z całą aferą? Okoliczności odkrycia ciała Caroline pozostają niewyjaśnione i naciągane. Dlaczego nie zakopano po prostu jej szczątków w lesie, obok innych?
Liczyłam na to, że będę kibicować detektywowi w śledztwie i razem z nim tropić Zeusa (mordercę-wariata), ale się przeliczyłam.
Najgorsze jest jednak to, że w ogóle nie dochodzi do konfrontacji między Zeusem a głównym bohaterem! Czy może być coś bardziej rozczarowującego? Detektyw Cross niby taki zapracowany, ale jakoś tak nie na tropie. Czytelnik nie może na własną rękę szukać mordercy; Zeus pojawia się dopiero na samym końcu książki i jego tożsamość zostaje podana nam na tacy. Tuszowanie całej afery aż niewiarygodne. Dlaczego w takim razie nie iść na całość i nie spróbować pozbyć się samego Alexa? Przecież wszyscy świadkowie zostają wymordowywani bez litości? Ba! Nawet ścigani poza granicami kraju!
Zamieszanie, zamieszanie, ale jakoś na końcu Dobro wygrywa. Jakoś.
Wspomnę jeszcze, że w ostatnim rozdziale Alex odbiera telefon - rozmówcą okazuje się być jego największy przeciwnik, niejaki Mastermind. Miało to pewnie wzbudzić w czytelniku apetyt na kolejną porcję Alexa Crossa, ale ja nie mam zamiaru znowu przeżywać mdłości.
Przykro mi, ale największą zaletą książki było to, że niezwykle szybko dobrnęłam do jej końca.
Jeśli ktoś szuka dobrego dreszczowca, niech szuka dalej. Wydaje mi się, że thriller ten został napisany w dwa tygodnie i opublikowany tylko dlatego, że autor wyrobił sobie wcześniej nazwisko.
Ocena: 2/6
“I, Alex Cross” to szesnasta pozycja serii z tytułowym detektywem. Niestety, nie zachęciła mnie ona do zapoznania się z pozostałymi. Nie rozumiem także, dlaczego autor wybrał taki tytuł. Książka rzeczywiście jest o Alexie Crossie, ale przecież cała seria jest o nim.
Bohaterem jest więc Alex Cross, detektyw policji w Waszyngtonie, DC, który w dniu swoich urodzin zostaje poinformowany o znalezieniu szczątków swojej bratanicy, Caroline. Jej ciało zostało zmielone i tu uwaga: książka nie dla ludzi o słabym żołądku. Detektyw angażuje się w śledztwo emocjonalnie. Okazuje się, że ofiar może być więcej, problemy piętrzą się, a sprawę ciągle ktoś próbuje utrudniać, ale nie do końca wiadomo, kto.
Wątek morderstw przeplata się z chorobą Nany Mamy, babci Alexa, która a to ląduje w szpitalu, a to dostaje zawału serca, a to zapada w śpiączkę. Jednym słowem - utrudnia pracę detektywa, który spędza zdecydowanie za dużo czasu przy jej łożu boleści. Dlaczego autor przeznaczył prawie połowę książki na przesłodzone i nic nie wnoszące życie rodzinne? Żeby zwolnić tempo i dać odetchnąć czytelnikowi?
Patterson przesadził w dwie strony: rozdziały są niezwykle krótkie i akcja rzeczywiście pędzi na łeb, na szyję, że pogubić się można (i przez to właśnie łamie sobie kark). Jednak za każdym razem, gdy na scenę wkracza 90-letnia Nana, myślałam, że usnę z nudów.
Język w książce jest tak prosty, że dziecko mogłoby ją przeczytać, gdyby oczywiście nie treść. Patterson opisuje sceny seksualne i przemoc sugestywniej niż wszystkie inne, które to potraktował niezwykle powierzchownie. Ponadto autor używa zbyt dużo skrótów, w których połapać się nie można. Chyba jedyne, co brzmiało znajomo, to FBI i SWAT, więc resztę zaczęłam po prostu ignorować.
W książce panuje chaos. Rozdziały są ze sobą zbyt luźno powiązane. Nie wiadomo, kim są panoszące się na kartach postacie trzecio- i czwartoplanowe, które giną tak szybko, jak się pojawiają. Po prostu statyści, bladzi i niewyraźni; nawet nie zdąży nam się zrobić ich żal.
I kim jest osoba, od której się wszystko zaczęło - Johnny Tucci? Co ma wspólnego z całą aferą? Okoliczności odkrycia ciała Caroline pozostają niewyjaśnione i naciągane. Dlaczego nie zakopano po prostu jej szczątków w lesie, obok innych?
Liczyłam na to, że będę kibicować detektywowi w śledztwie i razem z nim tropić Zeusa (mordercę-wariata), ale się przeliczyłam.
Najgorsze jest jednak to, że w ogóle nie dochodzi do konfrontacji między Zeusem a głównym bohaterem! Czy może być coś bardziej rozczarowującego? Detektyw Cross niby taki zapracowany, ale jakoś tak nie na tropie. Czytelnik nie może na własną rękę szukać mordercy; Zeus pojawia się dopiero na samym końcu książki i jego tożsamość zostaje podana nam na tacy. Tuszowanie całej afery aż niewiarygodne. Dlaczego w takim razie nie iść na całość i nie spróbować pozbyć się samego Alexa? Przecież wszyscy świadkowie zostają wymordowywani bez litości? Ba! Nawet ścigani poza granicami kraju!
Zamieszanie, zamieszanie, ale jakoś na końcu Dobro wygrywa. Jakoś.
Wspomnę jeszcze, że w ostatnim rozdziale Alex odbiera telefon - rozmówcą okazuje się być jego największy przeciwnik, niejaki Mastermind. Miało to pewnie wzbudzić w czytelniku apetyt na kolejną porcję Alexa Crossa, ale ja nie mam zamiaru znowu przeżywać mdłości.
Przykro mi, ale największą zaletą książki było to, że niezwykle szybko dobrnęłam do jej końca.
Jeśli ktoś szuka dobrego dreszczowca, niech szuka dalej. Wydaje mi się, że thriller ten został napisany w dwa tygodnie i opublikowany tylko dlatego, że autor wyrobił sobie wcześniej nazwisko.
Ocena: 2/6
niedziela, 27 marca 2011
"Nowy Jork - 101 miejsc, które musisz zobaczyć"
Przyznaję, że to pierwszy tego rodzaju przewodnik, z jakim się zetknęłam. I nie tylko dlatego, że wydany został w formie e-booka. Jest to raczej spis atrakcji Nowego Jorku (a konkretnie: Manhattanu). Nie znajdziemy tu więc informacji o noclegach.
Jak sam tytuł sugeruje, książka wymienia 101 miejsc, które, według autorów, warto zobaczyć. Znajdziemy tu zakątki, o których słyszał pewnie każdy, jak i te mniej znane. Zostały one wypunktowane, opisane w kilku zdaniach i opatrzone zdjęciem. Pod każdym rozdzialikiem znajdziemy też adres z informacją o dojazdach, ceny wstępu, godziny otwarcia oraz stronę internetową. Na każdą atrakcję przypadają dokładnie dwie strony; przewodnik jest przejrzyście zorganizowany.
Książka dla tych, którzy chcą zobaczyć miasto, zrobić zdjęcia i powiedzieć: tu byłem. Także dla tych, którzy ze spisu atrakcji wybiorą te najbardziej dla siebie interesujące, a potem wyszukają więcej informacji na podanej stronie internetowej - wystarczy kliknąć (strony w języku angielskim).
Nie recenzowałam wcześniej książki nie fikcyjnej, ale w takich pozycjach oczekuję zapięcia wszystkiego na ostatni guzik. Chcę się czegoś dowiedzieć i chcę wierzyć, że autor jest dokładny. Dlatego każde niedociągnięcie tekstu podważa, moim zdaniem, autorytet pisarza. I tu od razu wada: książka nie została zaopatrzona w notki biograficzne. Nawet w internecie nie znalazłam wiele o Anecie Radziejowskiej i Marku Rygielskim. Ot, dwójka ludzi postanowiła sobie napisać przewodnik. Żartuję, ale przecież na temat autorów nie ma informacji. Gdzie mieszkają i co daje im autorytet, żeby napisać taką książkę?
Brakuje mi też wstępu i wiadomości o motywacji autorów. Dlaczego książka powstała? Dlaczego jest wyjątkowa? Co wnosi nowego? Dlaczego ta, a nie inna?
Tu od razu przechodzi się do sedna; może to i dobrze? Trudno napisać tak krótki przewodnik po tak wielkim mieście, ale ja jestem jednak przyzwyczajona do takich podstawowych informacji.
Autorzy nie są pisarzami, co dostrzec można od pierwszej strony. Język jest nieformalny, napisany nawet zbyt luźnym stylem. Są nawet buźki :). Tekst stoi na granicy książki i wpisu internetowego. Może to celowy zamysł?
Nie wiem, jak powiększyć mapki zamieszczone na pierwszych stronach przewodnika. Na moim ekranie są one nieczytelne, czyli nieprzydatne. Przyznaję jednak, że nie jestem specem od komputerów, więc na razie nikogo nie będę obarczać winą.
Największą zaletą książki jest jej obfitość w zdjęcia. Szkoda tylko, że też są niewyraźne. Wolałabym nawet, żeby były kolorowe. Nowy Jork jest przecież tak barwny!
Nie podobają mi się błędy w przewodniku. Tekstu jest przecież tak niewiele, można się było postarać. Po jakimś czasie błędy interpunkcyjne rażą i męczą przy czytaniu. Czytelnik nie powinien zgadywać, co autorzy mieli na myśli. Przecinki są ważne!
Ponadto autorzy używają słów, które w języku polskim nie występują (czy istnieje "natywna" muzyka?). Literówki, jeszcze raz interpunkcja, niekonsekwencja w nazewnictwie, a nawet błędy merytoryczne ("w XVII wieku jej gościem był George Washington" - hmm... on się wtedy nawet jeszcze nie urodził).
Możliwe, że autorzy mieszkają za granicą - wiadomo, wtedy trudniej utrzymać czystość językową. Jeżeli odbiorcą jest jednak polski czytelnik, polecam zainwestować w profesjonalnego korektora tekstu.
Przyznaję, że spodziewałam się czegoś innego: miałam rozsiąść się wygodnie przy herbacie i przenieść myślami do Nowego Jorku. Chciałam przyjemnej lektury, napisanej z polotem. Niestety, rozczarowałam się. Muszę jednak przyznać, że, jeżeli pojadę kiedyś do Nowego Jorku, z przewodnika skorzystam. Już nawet zapisałam sobie w pamięci miejsca, które muszę zobaczyć, za co jestem wdzięczna autorom.
Cieszę się także, że stałam się posiadaczką e-booka. Miałam zamiar rozeznać się w terenie i zacząć czytać książki w wersji elektronicznej, ale, znając moją ostrożność i niepewność, zajęłoby mi to trochę czasu. Kocham papier!
Ocena: 3/6
Przewodnik wygrałam w konkursie nakanapie.pl - dziękuję!
Jak sam tytuł sugeruje, książka wymienia 101 miejsc, które, według autorów, warto zobaczyć. Znajdziemy tu zakątki, o których słyszał pewnie każdy, jak i te mniej znane. Zostały one wypunktowane, opisane w kilku zdaniach i opatrzone zdjęciem. Pod każdym rozdzialikiem znajdziemy też adres z informacją o dojazdach, ceny wstępu, godziny otwarcia oraz stronę internetową. Na każdą atrakcję przypadają dokładnie dwie strony; przewodnik jest przejrzyście zorganizowany.
Książka dla tych, którzy chcą zobaczyć miasto, zrobić zdjęcia i powiedzieć: tu byłem. Także dla tych, którzy ze spisu atrakcji wybiorą te najbardziej dla siebie interesujące, a potem wyszukają więcej informacji na podanej stronie internetowej - wystarczy kliknąć (strony w języku angielskim).
Nie recenzowałam wcześniej książki nie fikcyjnej, ale w takich pozycjach oczekuję zapięcia wszystkiego na ostatni guzik. Chcę się czegoś dowiedzieć i chcę wierzyć, że autor jest dokładny. Dlatego każde niedociągnięcie tekstu podważa, moim zdaniem, autorytet pisarza. I tu od razu wada: książka nie została zaopatrzona w notki biograficzne. Nawet w internecie nie znalazłam wiele o Anecie Radziejowskiej i Marku Rygielskim. Ot, dwójka ludzi postanowiła sobie napisać przewodnik. Żartuję, ale przecież na temat autorów nie ma informacji. Gdzie mieszkają i co daje im autorytet, żeby napisać taką książkę?
Brakuje mi też wstępu i wiadomości o motywacji autorów. Dlaczego książka powstała? Dlaczego jest wyjątkowa? Co wnosi nowego? Dlaczego ta, a nie inna?
Tu od razu przechodzi się do sedna; może to i dobrze? Trudno napisać tak krótki przewodnik po tak wielkim mieście, ale ja jestem jednak przyzwyczajona do takich podstawowych informacji.
Autorzy nie są pisarzami, co dostrzec można od pierwszej strony. Język jest nieformalny, napisany nawet zbyt luźnym stylem. Są nawet buźki :). Tekst stoi na granicy książki i wpisu internetowego. Może to celowy zamysł?
Nie wiem, jak powiększyć mapki zamieszczone na pierwszych stronach przewodnika. Na moim ekranie są one nieczytelne, czyli nieprzydatne. Przyznaję jednak, że nie jestem specem od komputerów, więc na razie nikogo nie będę obarczać winą.
Największą zaletą książki jest jej obfitość w zdjęcia. Szkoda tylko, że też są niewyraźne. Wolałabym nawet, żeby były kolorowe. Nowy Jork jest przecież tak barwny!
Nie podobają mi się błędy w przewodniku. Tekstu jest przecież tak niewiele, można się było postarać. Po jakimś czasie błędy interpunkcyjne rażą i męczą przy czytaniu. Czytelnik nie powinien zgadywać, co autorzy mieli na myśli. Przecinki są ważne!
Ponadto autorzy używają słów, które w języku polskim nie występują (czy istnieje "natywna" muzyka?). Literówki, jeszcze raz interpunkcja, niekonsekwencja w nazewnictwie, a nawet błędy merytoryczne ("w XVII wieku jej gościem był George Washington" - hmm... on się wtedy nawet jeszcze nie urodził).
Możliwe, że autorzy mieszkają za granicą - wiadomo, wtedy trudniej utrzymać czystość językową. Jeżeli odbiorcą jest jednak polski czytelnik, polecam zainwestować w profesjonalnego korektora tekstu.
Przyznaję, że spodziewałam się czegoś innego: miałam rozsiąść się wygodnie przy herbacie i przenieść myślami do Nowego Jorku. Chciałam przyjemnej lektury, napisanej z polotem. Niestety, rozczarowałam się. Muszę jednak przyznać, że, jeżeli pojadę kiedyś do Nowego Jorku, z przewodnika skorzystam. Już nawet zapisałam sobie w pamięci miejsca, które muszę zobaczyć, za co jestem wdzięczna autorom.
Cieszę się także, że stałam się posiadaczką e-booka. Miałam zamiar rozeznać się w terenie i zacząć czytać książki w wersji elektronicznej, ale, znając moją ostrożność i niepewność, zajęłoby mi to trochę czasu. Kocham papier!
Ocena: 3/6
Przewodnik wygrałam w konkursie nakanapie.pl - dziękuję!
niedziela, 20 marca 2011
"Stuart Little", czyli mysz w wielkim mieście
Pod koniec lat dwudziestych, podczas podróży pociągiem do Nowego Jorku, pisarzowi E. B. White'owi przyśniła się mała postać, która wyglądem przypominała mysz. Jednak dopiero w 1945 r. znalazła ona swoje miejsce na kartach książki "Stuart Little".
Stuart jest drugim synem państwa Little, ludzi zamieszkałych w Nowym Jorku. Mimo wzrostu wykazuje się on dużą samodzielnością i odwagą, nie oczekując od nikogo specjalnego traktowania. Towarzyszymy więc bohaterowi podczas wyścigu miniaturowym żaglowcem w Central Parku, razem z nim radzimy sobie ze Snowbell, domowym kotem i, pełni radości życia i lęku przed psami, przemierzamy ulice Nowego Jorku.
Pewnego dnia w domu państwa Little pojawia się piękny ptak Margalo. Nasz bohater od razu się z nią zaprzyjaźnia, a nawet zakochuje pierwszą młodzieńczą miłością. Niestety, z powodu niecnych knowań kota, Margalo opuszcza rodzinę Little bez słowa. Stuart jest załamany i wyrusza miniaturowym samochodem na poszukiwanie przyjaciółki, pragnąc przy okazji odnaleźć własne szczęście.
Pierwsze rozdziały książki tworzą dosyć luźno ze sobą powiązane historyjki. Dopiero, kiedy Stuart udaje się w podróż, książka splata się w wątek. Autor pisze jasno, precyzyjnie i przekonywająco, z wielką wyobraźnią i poczuciem humoru przedstawiając nam perypetie Stuarta. Z racji jednak daty powstania język jest nieco przestarzały. Dzieci będą miały również okazję poznać żargon marynarzy, kiedy Stuart zaciąga się na pokład żaglowca.
Dzieciom świat dorosłych wydawać się może zbyt duży i, tak jak Stuart, wiele jeszcze muszą się nauczyć. W tej wspaniałej mieszance fantastyki z rzeczywistością najmłodsi przekonają się jednak, iż nie rozmiar czyni bohatera, a świat jest piękny i warty poznania. Podoba mi się to, że E. B. White wierzy w inteligencję dzieci i nie próbuje upraszczać czy "zniżać się" do ich poziomu.
"Stuart Little" jest pomostem między książeczką z obrazkami a powieścią; uroku dodają tutaj rysunki Gartha Williamsa. Polecam dzieciom do samodzielnej lektury i namawiam dorosłych na głośne czytanie.
Przyznaję, że nie znalazłam w książce słabych punktów i potraktowałam ją jako odtrutkę na "Breaking Dawn" S. Meyer.
Ocena: 5/6
* * *
E. B. White: laureat nagrody Pulitzera i współautor słynnego podręcznika "The Elements of Style" (1959 r.) - esencji zasad pisania w języku angielskim. Najmłodszym znany dzięki "Charlotte's Web" (1952 r.), "The Trumpet of the Swan" (1970 r.) oraz "Stuart Little", jego pierwszej książki dla dzieci.
Stuart jest drugim synem państwa Little, ludzi zamieszkałych w Nowym Jorku. Mimo wzrostu wykazuje się on dużą samodzielnością i odwagą, nie oczekując od nikogo specjalnego traktowania. Towarzyszymy więc bohaterowi podczas wyścigu miniaturowym żaglowcem w Central Parku, razem z nim radzimy sobie ze Snowbell, domowym kotem i, pełni radości życia i lęku przed psami, przemierzamy ulice Nowego Jorku.
Pewnego dnia w domu państwa Little pojawia się piękny ptak Margalo. Nasz bohater od razu się z nią zaprzyjaźnia, a nawet zakochuje pierwszą młodzieńczą miłością. Niestety, z powodu niecnych knowań kota, Margalo opuszcza rodzinę Little bez słowa. Stuart jest załamany i wyrusza miniaturowym samochodem na poszukiwanie przyjaciółki, pragnąc przy okazji odnaleźć własne szczęście.
Pierwsze rozdziały książki tworzą dosyć luźno ze sobą powiązane historyjki. Dopiero, kiedy Stuart udaje się w podróż, książka splata się w wątek. Autor pisze jasno, precyzyjnie i przekonywająco, z wielką wyobraźnią i poczuciem humoru przedstawiając nam perypetie Stuarta. Z racji jednak daty powstania język jest nieco przestarzały. Dzieci będą miały również okazję poznać żargon marynarzy, kiedy Stuart zaciąga się na pokład żaglowca.
Dzieciom świat dorosłych wydawać się może zbyt duży i, tak jak Stuart, wiele jeszcze muszą się nauczyć. W tej wspaniałej mieszance fantastyki z rzeczywistością najmłodsi przekonają się jednak, iż nie rozmiar czyni bohatera, a świat jest piękny i warty poznania. Podoba mi się to, że E. B. White wierzy w inteligencję dzieci i nie próbuje upraszczać czy "zniżać się" do ich poziomu.
"Stuart Little" jest pomostem między książeczką z obrazkami a powieścią; uroku dodają tutaj rysunki Gartha Williamsa. Polecam dzieciom do samodzielnej lektury i namawiam dorosłych na głośne czytanie.
Przyznaję, że nie znalazłam w książce słabych punktów i potraktowałam ją jako odtrutkę na "Breaking Dawn" S. Meyer.
Ocena: 5/6
* * *
E. B. White: laureat nagrody Pulitzera i współautor słynnego podręcznika "The Elements of Style" (1959 r.) - esencji zasad pisania w języku angielskim. Najmłodszym znany dzięki "Charlotte's Web" (1952 r.), "The Trumpet of the Swan" (1970 r.) oraz "Stuart Little", jego pierwszej książki dla dzieci.
niedziela, 13 marca 2011
Historia rozbitka z Bogiem i tygrysem w tle
Chciałabym Wam dzisiaj przybliżyć powieść "Życie Pi", za którą Yann Martel otrzymał w 2002 roku prestiżową nagrodę Bookera.
Powieść składa się z trzech części.
W pierwszej z nich poznajemy spokojny żywot tytułowego Pi, syna właścicieli zoo w Pondicherry, Indiach. Chłopiec dorasta praktycznie wśród zwierząt; pozostały czas spędza na czytaniu i praktykowaniu trzech religii.
Kiedy Pi ma szesnaście lat, jego rodzina postanawia przenieść się ze swoim zwierzyńcem do Kanady.
I tu zaczyna się najdłuższa część książki.
Pi zostaje rzucony na głęboką wodę. Statek, którym płyną, tonie i okazuje się, iż tylko chłopiec ocalał.
Iluż to jednak ludzi rozbiło się na kartach powieści! Podrzućmy mu zatem tygrysa, żeby nie nudziło się ani bohaterowi, ani czytelnikom. Zabieg ten nie wydaje się jednak sztuczny: historia nabiera bajkowości i odnosimy wrażenie, iż tu wszystko zdarzyć się może.
Tak więc Pi znajduje się na szalupie razem z tygrysem bengalskim, Richardem Parkerem.
Chłopiec snuje kilka planów pozbycia się niebezpiecznego towarzysza, które w końcu porzuca na rzecz ostatniego: utrzymać zwierzę przy życiu.
Dlaczego?
Pi dochodzi do wniosku, iż rozpacz jest groźniejszym wrogiem niż tygrys.
Tak więc między rozbitkami wytwarza się swoista symbioza: chłopiec przejmuje rolę dozorcy zoo, dostarczając zwierzęciu pokarm i wodę pitną, dzięki tygrysowi zaś nie myśli o swoim położeniu, ani o rodzinie pochłoniętej przez morze. Najważniejsze staje się łowienie, doglądanie łodzi i tresura Richarda Parkera. Pi trzyma kota w rydzach i tygrys nie opuszcza wyznaczonego terytorium na szalupie.
Ostatnia cześć książki przedstawia alternatywną wersję podróży Pi przez ocean. Autor pozwala nam wybrać tę, w którą uwierzymy. (Wiara jest jednym z dominujących aspektów powieści).
Atmosfera książki zmienia się jak pogoda na morzu: smutek przeplata sie z grozą (cierpienie zebry, odkrycie ludzkich zębów na mięsożernej wyspie), opisy oceanu budzą zachwyt, a przemyślenia Pi zaskakują dojrzałością. Dryfowanie przez Pacyfik bynajmniej nie przypomina lamentu rozbitka, wręcz przeciwnie: opowieść okraszona jest dużą dawką humoru.
Według mnie najciekawszym konceptem książki jest oddzielenie zwierzęcej strony człowieka do takiego stopnia, aż przybierze ona konkretny kształt. Tygrys symbolizuje w tym przypadku ciemniejszą stronę natury Pi. Chłopiec zawdzięcza jej życie, ale jednocześnie musi ją poskromić, by zachować człowieczeństwo.
Książka o potędze wyobraźni. Polecam każdemu, kto w lekturze szuka głębi w łatwej do przełknięcia formie.
Ocena: 5/6
Powieść składa się z trzech części.
W pierwszej z nich poznajemy spokojny żywot tytułowego Pi, syna właścicieli zoo w Pondicherry, Indiach. Chłopiec dorasta praktycznie wśród zwierząt; pozostały czas spędza na czytaniu i praktykowaniu trzech religii.
Kiedy Pi ma szesnaście lat, jego rodzina postanawia przenieść się ze swoim zwierzyńcem do Kanady.
I tu zaczyna się najdłuższa część książki.
Pi zostaje rzucony na głęboką wodę. Statek, którym płyną, tonie i okazuje się, iż tylko chłopiec ocalał.
Iluż to jednak ludzi rozbiło się na kartach powieści! Podrzućmy mu zatem tygrysa, żeby nie nudziło się ani bohaterowi, ani czytelnikom. Zabieg ten nie wydaje się jednak sztuczny: historia nabiera bajkowości i odnosimy wrażenie, iż tu wszystko zdarzyć się może.
Tak więc Pi znajduje się na szalupie razem z tygrysem bengalskim, Richardem Parkerem.
Chłopiec snuje kilka planów pozbycia się niebezpiecznego towarzysza, które w końcu porzuca na rzecz ostatniego: utrzymać zwierzę przy życiu.
Dlaczego?
Pi dochodzi do wniosku, iż rozpacz jest groźniejszym wrogiem niż tygrys.
Tak więc między rozbitkami wytwarza się swoista symbioza: chłopiec przejmuje rolę dozorcy zoo, dostarczając zwierzęciu pokarm i wodę pitną, dzięki tygrysowi zaś nie myśli o swoim położeniu, ani o rodzinie pochłoniętej przez morze. Najważniejsze staje się łowienie, doglądanie łodzi i tresura Richarda Parkera. Pi trzyma kota w rydzach i tygrys nie opuszcza wyznaczonego terytorium na szalupie.
Ostatnia cześć książki przedstawia alternatywną wersję podróży Pi przez ocean. Autor pozwala nam wybrać tę, w którą uwierzymy. (Wiara jest jednym z dominujących aspektów powieści).
Atmosfera książki zmienia się jak pogoda na morzu: smutek przeplata sie z grozą (cierpienie zebry, odkrycie ludzkich zębów na mięsożernej wyspie), opisy oceanu budzą zachwyt, a przemyślenia Pi zaskakują dojrzałością. Dryfowanie przez Pacyfik bynajmniej nie przypomina lamentu rozbitka, wręcz przeciwnie: opowieść okraszona jest dużą dawką humoru.
Według mnie najciekawszym konceptem książki jest oddzielenie zwierzęcej strony człowieka do takiego stopnia, aż przybierze ona konkretny kształt. Tygrys symbolizuje w tym przypadku ciemniejszą stronę natury Pi. Chłopiec zawdzięcza jej życie, ale jednocześnie musi ją poskromić, by zachować człowieczeństwo.
Książka o potędze wyobraźni. Polecam każdemu, kto w lekturze szuka głębi w łatwej do przełknięcia formie.
Ocena: 5/6
Subskrybuj:
Posty (Atom)








