środa, 29 czerwca 2011

O krok od kawastrofy

Czytałam właśnie kryminał „O krok”, gdy skończyła mi się kawa, a bez kawy w tej książce nic się nie dzieje.
Przytoczę fragment:

„Wallander asked Nyberg if he wanted coffee, but he declined.
«I have more than twenty cups a day,» he said. «To keep my energy up. Actually, maybe just to stick it out.»
«Police work wouldn't be possible without coffee,» Wallander said.
«No work would be possible without coffee.»
They pondered the importance of coffee in silence.” [1]

No i mamy dramat. Trzeba się było wybrać do sklepu, a tam, zaraz za drzwiami, stanowisko z diamentami. Obowiązkowo z lustrem. Mijam drogocenne kamienie w drodze po drogocenne ziarna i miga mi w lustrze odbicie, jakby dopiero co zwleczone z łóżka. Cóż za kontrast z blaskiem brylantów. Dlaczego oni tę biżuterię ulokowali tuż przy wejściu?
A jeszcze, gdy mąż powiedział, że musi wracać na spotkanie w pracy, i że nie mamy czasu na mielenie, i że w dodatku będę mogła to zrobić dopiero za kilka dni, to myślałam, że wybuchnę. Wyobraziłam sobie siebie z tłuczkiem do mięsa, rozgniatającą ziarna, fruwające odłamki w kuchni i opętanie w oczach...
Na szczęście mąż wyczuł niebezpieczeństwo i historia skończyła się dobrze, tzn. bez udziału tłuczka do mięsa.


[1] Henning Mankell, „One Step Behind”, tłum. Ebba Segerberg, wyd. The New Press 2002, s. 246

środa, 8 czerwca 2011

„W moim magicznym domu wszystko się zdarzyć może. Same zmyślają się historie, sam się rozgryza orzech.”

„Czarownica z Radosnej” to debiut powieściowy Zofii Staniszewskiej, która tworzy również wiersze, dramaty, a dla dzieci – baśnie terapeutyczne i bajki. Była nauczycielka języka polskiego, od kilku lat mieszka na wsi.

Akcja książki toczy się we współczesnej wsi – Radosnej, a historia skupia się wokół młodej wdowy, samotnie wychowującej dwójkę dzieci. Jagoda pracuje w bibliotece szkolnej, naucza jazdy konnej, zajmuje się czterema wierzchowcami, pięcioma psami, kotem i dwuhektarowym pastwiskiem. Piecze, gotuje, robi przetwory. Znajduje czas na pogaduchy przy kominku i dyskusje na temat astronomii, malarstwa, czy duchowieństwa. Wspomoże chorą sąsiadkę naparem z własnoręcznie zbieranych kwiatów lipy, wysłucha zdradzanej siostry i sprawi, że upośledzony synek przyjaciółki z miasta uwierzy w siebie.
Fizycznie chyba nikt nie byłby w stanie temu podołać. Może Jagoda rzeczywiście jest czarownicą?

Głównym napędem historii jest poszukiwanie miłości. Od śmierci męża Jagody minęły trzy lata i od tamtego momentu czas stanął w miejscu. Sąsiadki, przyjaciółki i siostra próbują wyswatać Jagodę, lecz dziewczyna zaklina szczęście po swojemu: puszczaniem wianków w noc Kupały, składaniem kolczyków w ofierze pradawnej bogini Ziemi-Matce. Niestety, kiedy w końcu pojawia się odpowiedni kandydat, historia staje się banalna i nieprzekonywająca; nie czuć napięcia między Jagodą a Jakubem.

Autorka jednak wspaniale pokazuje nam życie na wsi. Umiejętnie wplata w opowieść tradycje, wierzenia i obrzędy (wyprawa po kwiat paproci w noc świętojańską), ale też wyśmiewa plotkarstwo, fałszywą religijność i donosicielstwo z zazdrości o dotacje unijne pośród rolników.
Usłyszymy tu o diabłach, dziwożonach i innych postaciach z mitologii słowiańskiej, znajdziemy baśnie, wyliczanki, fragmenty z XV-wiecznych „Ksiąg sabatowych” i gawędy ludowe. Gwara nada dialogom autentyczności, a wyszukane, przebogate opisy przyrody, z konkretnymi nazwami roślin i zwierząt, odczuć można wszystkimi zmysłami.

Na uwagę zasługuje też kreacja zabawnych i barwnych mieszkańców Radosnej: wścibska Ryśkowa z jej ciągłym „Tfu! Łobraza boska!”, Babucha z kozą, karykaturalna dyrektor Kopytko. Niestety, nakreślenie głębokich postaci już autorce nie wychodzi: Jakub, Paweł, czy na przykład Magda przedstawiają się nijako i nie zapadają w pamięci.

Autorka urządziła nam wielodaniową ucztę: książkę urozmaica poszukiwanie zatopionego skarbu młynarza, gang Krechlatego i handel kradzionymi samochodami, objawienie przy wierzbie, wirtualna zdrada małżeńska, czy egzorcyzmy. Szkoda tylko, że wątki są potraktowane zbyt powierzchownie, a wiele z nich nie doczekało się nawet zakończenia. Może autorka pokusi się o kontynuację powieści?

Niedociągnięciem e-booka są też literówki, interpunkcja, mieszanie nazwisk (Babucha to raz Murielowa, raz Drozdowa, dyrektorka szkoły – raz Kopytko, raz Kolska). Ponadto częsta zmiana narratora męczy: historię opowiada zbyt wiele postaci, zarówno w pierwszej, jak i trzeciej osobie.

Książka kończy się słodkim akcentem: na ostatnich stronach znajdziemy kilka przepisów Jagody. (Notabene: przy niektórych ciastach nie podano, niestety, czasu pieczenia.)

„Czarownicę z Radosnej” czyta się szybko i przyjemnie. Jeżeli chcemy zapomnieć przez chwilę o rzeczywistości, warto przenieść się do świata pani Staniszewskiej, gdzie płonie ogień w kominku, kot mruczy na kolanach, i gdzie historia kobiety kończy się szczęśliwie, jak na baśń przystało.

Ocena: 3,5/6


Egzemplarz recenzyjny otrzymałam od serwisu nakanapie.pl - dziękuję!

czwartek, 2 czerwca 2011

piątek, 27 maja 2011

Na chybił trafił

Znalazłam wczoraj w bibliotece półkę z książkami na temat pisania. Żaden tytuł nie brzmiał znajomo, więc wzięłam dwa na chybił trafił, zwracając uwagę głównie na to, czy okładka nie wygląda zbyt staro. (Cóż za przebłysk geniuszu podczas wyboru).
Autorem podręcznika "Writing to Deadline: The Journalist at Work" jest dziennikarz Donald M. Murray – laureat nagrody Pulitzera. Nie mogę się doczekać, kiedy zagłębię się w lekturze. Zabieram się za napisanie artykułu i potrzebuję do tego wskazówek. W dodatku boję się, że ktoś mnie ubiegnie z tematem, więc porady, jak zdążyć przed ostatecznym terminem, przydadzą się jak najbardziej.

W poradniku znalazłam wizytówkę-zakładkę "Praying Through Ramadan"; po jej drugiej stronie znajdują się tajemnicze obliczenia, jak np. 150 + 50 = 210.
Czy zastanawialiście się kiedyś, kto czytał książkę przed wami?

poniedziałek, 23 maja 2011

Hej ho, hej ho, na basen by się szło...

Więc poszliśmy.
Wiadomo przecież, że nie samym domem człowiek żyje i do odważnych świat należy.
Wrażenia?

słońce + woda = ?

Już po godzinie na basenie przybyło mi kilka nowych zmarszczek do kolekcji, włosy zaczęły niebezpiecznie chrzęścić, a skóra postanowiła zmienić kolor na czerwony. Nabawiłam się bólu głowy, oczomrużu i zmarzłam, czemu nawet żar z nieba nie mógł zapobiec. Poza tym na pewno nieźle się "dotleniłam" świeżymi oparami chloru – do tej pory czuję coś żrącego w płucach.

Ale czegóż nie robi się dla zdrowia.
Musimy to wkrótce powtórzyć.

piątek, 20 maja 2011

Opowieści malarki

Anna Malinowska jest malarką, rysowniczką i grafikiem komputerowym. Pisanie to jej hobby.

Pierwsze, co przykuwa uwagę w "Opowieściach hrabiny", to właśnie kopie obrazów artystki. E-book składa się z 20 ilustracji i 20 luźno ze sobą powiązanych opowiadań, w których rzeczywistość przeplata się z elementami magicznymi.

Kto jest głównym bohaterem "Opowieści..."? Wiele różnych postaci. Każdy dostał swoje pięć minut: od tytułowej hrabiny Anny von Skrzat herbu Pompon, przez klacz andaluzyjską Eleonorę, po Grabie Gabriela. Ludzie, zwierzęta, przedmioty, zjawiska... Wszyscy mają swoją historię, której wyrywki przedstawia nam książka.
Niektóre postacie występują w kilku opowiadaniach. Czasami trafimy na wzmiankę wyjaśniającą zależność jednego bohatera od drugiego, ich stopień pokrewieństwa. W jednym z opowiadań na przykład poznajemy Henryka (w przyszłości zostanie on Ryszardem Lwie Serce), który okazuje się być bratankiem Stefanii Księżyc, emerytki, zmienionej później w konewkę, podlewającą z radością pontony. W kolejnym rozdziale dowiadujemy się, iż niejaka Mariola ze wsi Nahajka w Czechosłowacji jest nieślubną córką właśnie konewki Stefanii i Śpiącego Rycerza, którego to Śpiący Koń jest bratem Eleonory, przyjaciółki tytułowej hrabiny. Zakręcone? Ale daje nam odczuć klimat książki.

Zwróćcie uwagę na bohaterów – Śpiący Rycerz, Latający Dywan, rodzina Skrzatów, Godzilla, Ryszard Lwie Serce, – kojarzonych przecież z baśnią, mitem, legendą, w tym przypadku jednak osadzonych w zupełnie innych realiach, wyciągniętych niejako z ich środowiska naturalnego.

Gdzie toczy się akcja? Mowa jest zarówno o miejscach istniejących (Toledo, wysypisko śmieci), jak i o tych wymyślonych (Cytrynowe Jeziora, leżące wysoko ponad chmurami), albo jeszcze niezbadanych (przestrzeń kosmiczna).

A czas? Czas nie gra roli, płynie nielogicznie, nie można na nim polegać. Zdarzenia mogły mieć miejsce kiedykolwiek, np. o godzinie 26.

Książka nie ma także jasnego wątku; narrator (nieokreślony) wędruje raczej od słowa do słowa, według dowolnych skojarzeń. Język prosty, sporadycznie poetycki, niekiedy przyziemny, a czasem wręcz niechlujny i z błędami ortograficznymi.
Czytanie męczy przez ciągłe przeskakiwanie z tematu na temat, przez krótkie, urywane zdania, przez przecinki postawione w tak złych miejscach, iż podejrzewam, że to zabieg celowy (tylko co jest celem?). Mój mózg podświadomie pracował na wysokich obrotach, żeby uchwycić sens, powiązać ze sobą opowiadania, znaleźć jakąś wspólną. Cóż za żmudne praca! I bezowocna...

Autorka daje się ponieść wodzom fantazji, w utworze panuje pełna wolność, tu wszystko wydaje się możliwe, jak we śnie. Z drugiej zaś strony pada pytanie – czy to czemuś służy? Co autorka chciała nam pokazać?

Trudno ocenić mi tę książkę. Podczas czytania żonglowałam w myślach pojęciem "absurd", "abstrakcja" i "dywagacja". Książka nie należy do pozycji komercyjnych, zasługuje więc pewnie na miano niszowej. Ale kogo mogłaby ona zainteresować? Możliwe, że „Opowieści hrabiny” spodobałyby się fanom realizmu magicznego, w którym to stylu Anna Malinowska tworzy. Ciekawe, czy malarze odebraliby książkę w przewidziany przez autorkę sposób?
Zastanawiam się również, czy artystka próbuje promować swoje obrazy, czy jej obrazy mają nam jedynie przypominać, że książkę należy odbierać kierując się wyłącznie emocjami, zapominając o logice. Może wcale nie chodzi o zrozumienie, tylko o odczucia, wrażenia?
Artystka tak mówi o swoich pracach:
"W moim malarstwie najważniejszy jest nastrój, klimat. Przez wielość przedmiotów i postaci konstruuję odrealnione sytuacje i zdarzenia, które nie są łatwe do nazwania, do określenia. Moje obrazy składają się z wielu warstw znaczeniowych, z pozoru prostych, ale w całości nie tak łatwych do rozszyfrowania przy pierwszym kontakcie. Zależy mi na tym, aby odbiorcę dyskretnie "wciągnąć w obraz", aby dać mu szansę na zetknięcie się z inną jakością."

Jeżeli więc czytelnik nie boi się wyzwań i chciałby zetknąć się z inną jakością, "Opowieści hrabiny" mogą przypaść mu do gustu.

Ocena: 3/6


Egzemplarz recenzyjny otrzymałam od serwisu nakanapie.pl – dziękuję!

wtorek, 17 maja 2011

"Listy do redakcji"

Doszły mnie słuchy, iż niektórych rozśmieszyła wzmianka o owych "Listach do redakcji".
Drodzy Czytelnicy, od czegoś trzeba przecież zacząć. Droga do publikacji nie jest usłana różami. Autorzy muszą się promować. Jeśli chodzi o mnie, mój tekst o urządzeniach elektrycznych pojawił się m.in. w Gazecie Wyborczej. Brzmi profesjonalnie? Brzmi. A to, że w dziale "Ogłoszenia drobne", kiedy próbowałam sprzedać odkurzacz, można przemilczeć. Zresztą, czy ktoś w ogóle sprawdza takie szczegóły?

Pomyślałam sobie, że też powinnam zamieścić u siebie zakładkę "Listy do redakcji". Na wszelki wypadek – ze sławą nigdy nic nie wiadomo.
Postarzałam się wczoraj chyba o godzinę, próbując rozgryźć, jak to zrobić. Czy do obsługi bloga potrzebny jest specjalny stopień wtajemniczenia?
W końcu mąż się nade mną zlitował i zaoferował założenie własnego bloga, żeby sprawdzić, jak stworzyć tę nieszczęsną rubrykę.

Chyba, że ktoś z was wie?