Stało się: dzisiaj zamykają naszą księgarnię. Wczoraj była ostatnia wyprzedaż, więc poszliśmy. Wchodzimy do środka – a w środku pustki. Zostało kilka pozycji: o samowybaczaniu, autobiografie nieznanych ludzi, religie, rozwody, diety, romanse, których nikt by pewnie za darmo nie ruszył, a nawet regały: 3 za 99. I odrapane metalowe biurko, które ktoś już sobie zaklepał.
Smutno... Szczególnie, że nic nie znalazłam. 70%, 75%, 80% zniżki. A tak chciałam! Mój mąż to się przynajmniej na kalendarz z zeszłego roku załapał. Ech, życie... Może powinnam się jednak była zdecydować na tę drogę do samowybaczenia?
Czuję, że przeziębienie chwyta mnie za gardło, a herbata z cytryną jest tak kwaśna, że aż żołądek się krzywi.
poniedziałek, 16 maja 2011
niedziela, 15 maja 2011
"Samochwała w kącie stała..."
Zapraszam do zapoznania się z „Tygodniem w Afryce” na blogu Kanapy.
To się nazywa autopromocja - nie wiem tylko jeszcze, do czego mi się przyda...
To się nazywa autopromocja - nie wiem tylko jeszcze, do czego mi się przyda...
sobota, 14 maja 2011
Kartka z kalendarza
Every man knows he needs a bigger TV. But you-know-who is standing in his way: The same “Negative Nelly” who always tries to hold him back when he has a visionary household idea, such as washing underwear in the dishwasher, or installing a urinal in the bedroom: his wife. The instant he tells her he needs a new TV, she's going to start coming up with nitpicky legalistic arguments like: “But our current TV works fine!” Or: “But we bought a new TV yesterday!” Or: “But we're broke and we live in a homeless shelter!” Women! Always ruled by their emotions. (Dave Barry)
Nie mamy telewizora. Potrzebny mi jest za to większy komputer. "Ale twój laptop działa całkiem dobrze!" "To zamień się ze mną." Zgroza na twarzy męża. Mężczyźni: hipokryci.
Trzy miesiące później...
mój blog nadal istnieje!
Założyłam go w Walentynki i mam nadzieję, iż moja miłość do pisania przetrwa wszelkie próby. Do końca dni, a nawet dłużej. Chcę być przecież pisarką z prawdziwego zdarzenia.
Pozdrawiam Czytelników i życzę udanego weekendu!
PS. Mąż zajrzał przez ramię i stwierdził, że mój blog wygląda profesjonalnie.
"A ile ty w ogóle widziałeś blogów?" "Tylko twój." "No właśnie..."
Założyłam go w Walentynki i mam nadzieję, iż moja miłość do pisania przetrwa wszelkie próby. Do końca dni, a nawet dłużej. Chcę być przecież pisarką z prawdziwego zdarzenia.
Pozdrawiam Czytelników i życzę udanego weekendu!
PS. Mąż zajrzał przez ramię i stwierdził, że mój blog wygląda profesjonalnie.
"A ile ty w ogóle widziałeś blogów?" "Tylko twój." "No właśnie..."
piątek, 13 maja 2011
Odkryte w sieci
Czy każdy dzień powinien przybliżać nas o krok lub dwa do celu? Czy czasami możemy sobie odpuścić?
Jeśli miałabym codziennie zrobić rachunek sumienia, nie wyglądałoby to za ciekawie. Więc może dlatego powinnam zacząć się rozliczać z postępów i starań?
Dzięki blogowi The Writer's First Aid, który śledzę, odkąd postanowiłam zostać pisarką, odkryłam stronę The Writer magazine. Szczęściara ze mnie! Niektóre artykuły są dostępne tylko dla prenumeratorów czasopisma, ale część można czytać bezpłatnie (po darmowej rejestracji). Polecam!
Przeczytałam zatem kilka ich tekstów. Rady, które zapamiętałam? Pisz codziennie. Wyznacz sobie stałe miejsce do pisania. Pisz codziennie. Czytaj i nie kłam, że nie masz na to czasu. Zacznij od publikacji w czasopismach (nawet w rubryce „Listy do redakcji”). Wszystko jest kwestią czasu.
Takie artykuły to balsam dla duszy w chwilach zwątpienia – motywacji u mnie nigdy za wiele. Aż ma się ochotę chcieć.
Teraz czas na zabawę (a jakże!). Próbujemy wymyślić zasady gry w domino. Coś nam to kulawo idzie. Następnym razem poszukam po prostu instrukcji w internecie.
Jeśli miałabym codziennie zrobić rachunek sumienia, nie wyglądałoby to za ciekawie. Więc może dlatego powinnam zacząć się rozliczać z postępów i starań?
Dzięki blogowi The Writer's First Aid, który śledzę, odkąd postanowiłam zostać pisarką, odkryłam stronę The Writer magazine. Szczęściara ze mnie! Niektóre artykuły są dostępne tylko dla prenumeratorów czasopisma, ale część można czytać bezpłatnie (po darmowej rejestracji). Polecam!
Przeczytałam zatem kilka ich tekstów. Rady, które zapamiętałam? Pisz codziennie. Wyznacz sobie stałe miejsce do pisania. Pisz codziennie. Czytaj i nie kłam, że nie masz na to czasu. Zacznij od publikacji w czasopismach (nawet w rubryce „Listy do redakcji”). Wszystko jest kwestią czasu.
Takie artykuły to balsam dla duszy w chwilach zwątpienia – motywacji u mnie nigdy za wiele. Aż ma się ochotę chcieć.
Teraz czas na zabawę (a jakże!). Próbujemy wymyślić zasady gry w domino. Coś nam to kulawo idzie. Następnym razem poszukam po prostu instrukcji w internecie.
poniedziałek, 9 maja 2011
Teraz będzie o wężu
Niedaleko naszego osiedlowego placu zabaw jest ścieżka, prowadząca wokół łączki tak małej, że na jej obejście wystarczy 400 kroków (krokomierz to moje nieodłączne akcesorium). Czasami na łączce można zobaczyć króliczki i niektórzy rodzice zabierają tam dzieci na spacer.
My się tam wybraliśmy, żeby zrobić zdjęcia jaszczurkom. Po raz pierwszy z aparatem i od razu się nam „poszczęściło” - zobaczyliśmy węża, który właśnie przechodził przez dróżkę.
Cóż za fascynujące spotkanie! Okropne i pociągające zarazem.
W domu pokazałam zdjęcia mężowi. Jego komentarz: „Dlaczego go nie zabiłaś???” „A co, miałam się na niego z kamieniem rzucić?” „Nie, patykiem go!” O kij trudno, drzew dużo w pobliżu nie ma... Może następnym razem zamachnę się na węża sandałem? Albo sobie jakąś dzidę wystrugam?
A tak serio, to lubię zwierzęta i nie mam ochoty ich bez powodu tępić. Nie wspominając już o moich marnych szansach na wygraną.
Jedna z naszych osiedlowych mam przeszukała internet i zidentyfikowała gada: okazało się, że to lancetogłów królewski kalifornijski („królewski” dlatego, że zjada inne węże, w tym grzechotniki), dla człowieka niegroźny. Dzieci więc nadal mogą biegać bez butów.
Tylko mój synek nie za bardzo chce się teraz wybierać na przechadzki wokół króliczej łączki...
My się tam wybraliśmy, żeby zrobić zdjęcia jaszczurkom. Po raz pierwszy z aparatem i od razu się nam „poszczęściło” - zobaczyliśmy węża, który właśnie przechodził przez dróżkę.
Cóż za fascynujące spotkanie! Okropne i pociągające zarazem.
W domu pokazałam zdjęcia mężowi. Jego komentarz: „Dlaczego go nie zabiłaś???” „A co, miałam się na niego z kamieniem rzucić?” „Nie, patykiem go!” O kij trudno, drzew dużo w pobliżu nie ma... Może następnym razem zamachnę się na węża sandałem? Albo sobie jakąś dzidę wystrugam?
A tak serio, to lubię zwierzęta i nie mam ochoty ich bez powodu tępić. Nie wspominając już o moich marnych szansach na wygraną.
Jedna z naszych osiedlowych mam przeszukała internet i zidentyfikowała gada: okazało się, że to lancetogłów królewski kalifornijski („królewski” dlatego, że zjada inne węże, w tym grzechotniki), dla człowieka niegroźny. Dzieci więc nadal mogą biegać bez butów.
Tylko mój synek nie za bardzo chce się teraz wybierać na przechadzki wokół króliczej łączki...
Bliskie spotkania
Na dywanie zauważyłam coś małego i czarnego. „Śmieć”, pomyślałam i od razu się po niego schyliłam. Jednak kolor mnie trochę zastanowił. Przyjrzałam się bliżej i zauważyłam, że „śmieć” ma nogi, a nawet osiem. Pierwsze, co przyszło mi do głowy, to zrobić zdjęcie. Podłożyłam więc pod mój ośmionogi model kartkę białego papieru i urządziłam mu krótką sesję zdjęciową. Pająk był niemrawy, jakby ktoś go ze snu wyrwał. (Czy one w ogóle śpią?) Oślepiłam go też pewnie lampą błyskową, a potem wyrzuciłam na balkon; niewesoło kończą u mnie modele.
Zaopatrzona w zdjęcia zaczęłam przemierzać internet w poszukiwaniu odpowiedzi na dręczące mnie pytanie: czy to była czarna wdowa? Nie odważyłam się jednak odwrócić pająka na grzbiet i sprawdzić, czy ma czerwone plamki pod spodem, więc nadal żyję w niepewności. Bez przerwy odnoszę teraz wrażenie, że coś po mnie chodzi. Paranoja. Następnym razem daruję sobie fotografowanie - zamknę po prostu intruza w słoiku i poprzez obserwację dowiem się, co to za gatunek.
Ciekawe, czy zasnę w nocy, kiedy wyobraźnia podsuwa czające się pająki w domu? Czy nie powinny one przypadkiem siedzieć gdzieś w kącie i tkać sieci, zamiast włóczyć się po dywanach?
Zresztą, mogło być gorzej - mogłam trafić na węża.
Zaopatrzona w zdjęcia zaczęłam przemierzać internet w poszukiwaniu odpowiedzi na dręczące mnie pytanie: czy to była czarna wdowa? Nie odważyłam się jednak odwrócić pająka na grzbiet i sprawdzić, czy ma czerwone plamki pod spodem, więc nadal żyję w niepewności. Bez przerwy odnoszę teraz wrażenie, że coś po mnie chodzi. Paranoja. Następnym razem daruję sobie fotografowanie - zamknę po prostu intruza w słoiku i poprzez obserwację dowiem się, co to za gatunek.
Ciekawe, czy zasnę w nocy, kiedy wyobraźnia podsuwa czające się pająki w domu? Czy nie powinny one przypadkiem siedzieć gdzieś w kącie i tkać sieci, zamiast włóczyć się po dywanach?
Zresztą, mogło być gorzej - mogłam trafić na węża.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


