wtorek, 30 sierpnia 2011

Tydzień w Niemczech

Oktoberfest i Love Parade. Mercedesy, BMW i Porsche – na prawdziwych autostradach. Döner Kebab na Kreuzbergu i Spätzle w Szwabii. Czarujące miasteczka Badenii-Wirtembergii i bajeczne zamki nadreńskie.
A książki?

„Lektor”, Bernhard Schlink:
Piętnastolatek nawiązuje romans ze starszą od siebie kobietą – Hanną. Częścią ich miłosnego rytuału staje się wspólne czytanie książek – on zostaje jej lektorem, ona dzięki niemu mniej dotkliwie znosi samotność. Niespodziewanie rozstają się na kilka lat, by ponownie spotkać się podczas procesu nazistów, w którym Hanna należy do oskarżonych.

„Przypadek Adolfa H.”, Éric-Emmanuel Schmitt:
Co by było, gdyby Adolf Hitler dostał się na Akademię Sztuk Pięknych? Schmitt kreśli podwójny portret tytułowego bohatera: Hitler-dyktator i Hitler-artysta, zakompleksiony despota i spełniony, szczęśliwy mężczyzna. Historia prawdziwa przeplata się z historią, która mogła się zdarzyć.

„Z deszczu pod rynnę”, Kerstin Gier:
Gerri nic się w życiu nie układa. Zdobywa więc środki nasenne, wyrzuca z szafy wszystkie rzeczy, by rodzina nie miała kłopotu z likwidacją mieszkania, idzie do fryzjera, za ostatnie pieniądze kupuje szałową kieckę, by po śmierci jak najlepiej wyglądać i pisze pożegnalne listy. Niemniej nawet w ostatniej godzinie życia prześladuje ją pech i perfekcyjnie przygotowane samobójstwo wcale nie okazuje się takie proste.

Więcej propozycji - na blogu Kanapy i w wątku Tydzień w Niemczech.
Viel Spaß!

piątek, 26 sierpnia 2011

Pomarańczowy crème brûlée

Z racji tego, że kupiłam pół galona (1,89 litra) śmietany kremówki, moje desery bazują ostatnio właśnie na niej. Bita śmietana do truskawek, ciasto ze śmietaną, lody z maszynki, a dzisiaj – crème brûlée.

Oto uproszczony przepis z magazynu Bon Appétit (październik '95).

Crème brûlée o smaku pomarańczy, dla 3 osób:

1/4 szklanki soku pomarańczowego
1 szklanka śmietany kremówki
1/6 szklanki cukru
3 duże żółtka
1 łyżeczka startej skórki pomarańczy
1/2 łyżeczki esencji waniliowej



Zagotować sok w rondelku, aż zostanie go 1 łyżka stołowa.
W innym rondelku połączyć śmietanę z cukrem i mieszać na średnim ogniu, aż cukier się rozpuści. Żółtka dobrze rozkłócić w średniej misce. Stopniowo wlewać do nich gorącą miksturę śmietankową, dobrze mieszając. Dodać sok, skórkę pomarańczową i wanilię. Wlać krem do trzech kokilek i wstawić je do brytfanny. Brytfannę wypełnić wrzątkiem, tak, żeby woda sięgała do połowy wysokości foremek.
Piec krem w temperaturze 175°C, aż się zetnie w środku, 25 - 30 minut. Wyjąć z wody, ostudzić. Przykryć i wstawić na noc do lodówki. Można zjeść wcześniej. Można lekko zmrozić w zamrażalce. Można posypać złotym cukrem i potraktować go króciutko ogniem z piekarnika lub mini-miotacza.

Podawać z espresso.

Smacznego!

niedziela, 21 sierpnia 2011

Tydzień w Wielkiej Brytanii

Czerwone budki telefoniczne, Big Ben i świat mody. Sherlock Holmes, Kuba Rozpruwacz i agent 007. Harry Potter, Shakespeare, ślub księcia Williama i Kate Middleton. Kominek, mgła i deszcz.
Z czym kojarzą się Wam angielskie klimaty?

„Zadziwiające i niezwykłe przygody Horacego Lyle'a”, Catherine Webb:
Londyn w szczytowym momencie rewolucji przemysłowej. Horacy Lyle jest specjalnym konstablem, zapalonym naukowcem i wynalazcą. Jednak na wezwanie rządu Jej Królewskiej Mości, Horacy zamienia mikroskop na szkło powiększające, napełnia kieszenie materiałami wybuchowymi i wyrusza na poszukiwanie rozwiązania wyjątkowo niezwykłej tajemnicy.

„Portret Doriana Graya”, Oscar Wilde:
Dorian Gray jest pięknym mężczyzną. Zafascynowany jego doskonałością fizyczną malarz Basil Hallward uwiecznia go na obrazie. Podczas prezentacji portretu Gray wpada w rozpacz – przeraża go to, że w przeciwieństwie do postaci z obrazu, on swą urodę kiedyś utraci. Wypowiada więc życzenie: chciałby być wiecznie młody, nawet za cenę własnej duszy.

„Dziwne losy Jane Eyre”, Charlotte Brontë:
Powieść, zaliczana do szczytowych osiągnięć literackich epoki wiktoriańskiej, opowiada o losach ubogiej dziewczyny, która zmaga się z ograniczeniami narzuconymi przez płeć i pochodzenie, oraz o trudnej, na pozór niemożliwej do spełnienia miłości.



Więcej propozycji - na blogu Kanapy i w wątku Tydzień w Wielkiej Brytanii.
Enjoy!

piątek, 19 sierpnia 2011

Pajęczyca w pralni

Dzisiaj poszłam zrobić pranie, a tu okazało się, że malują budynek i zafoliowali pralnię. Pan robotnik chciał wprawdzie odkleić dla mnie drzwi, ale podziękowałam mu i udałam się na poszukiwanie innej pralni, z workiem ciuchów i wszystkim.

Druga pralnia jest inna niż nasza – delikatnie mówiąc, wygląda na częściej używaną. Trzy maszyny wypełniały mokre niezidentyfikowane obiekty i tylko jedna była wolna. Na szczęście działała. W domu patrzyłam na zegar, żeby odebrać ubrania jak najszybciej – nie wiadomo, jakie obowiązują prawa na tamtejszym terenie. Pół godziny później wróciłam do pralni, patrzę, a w rogu, na jedynym krześle, siedzi kobiecina z niezadowoloną miną i łyp, okiem na drzwi. Witam się, a ona w krzyk. Dopiero po chwili zorientowałam się, że ma pretensje, że robię pranie i że ona tu cały czas czeka na wolną maszynę. To ja się wkurzyłam i odpowiedziałam jej, że skoro siedzi tu cały czas, to pewnie zauważyła, że moja pralka dopiero co skończyła pracę. Kobieta nic, argumentów nie ma, ja wyciągnęłam pranie i, rzucając jej na odchodne chłodne spojrzenie, wyszłam. A ona nadal siedzi, jak tłusta pajęczyca czyhająca na swoje ofiary. Może nawet do wieczora. Biada tym, którzy maczali swoje brudy w pozostałych pralkach!

Rozumiem, że zablokowane maszyny mogą kogoś zdenerwować, ale jednego pojąć nie mogę: siedzenia w tym chemicznym pomieszczeniu i czekania na to, żeby się kłócić. Wystarczy przecież wyjąć pranie i albo włożyć je do koszów na bieliznę, które niektórzy zostawiają na swoich pralkach, albo wyładować na metalową ladę do składania ubrań. Nie wyobrażam sobie zepsucia nastroju z powodu takiej błahostki, a co dopiero bezczynnego czekania. Żeby chociaż druty albo krzyżówkę ze sobą przynieść...

Z tej „gościnnej” pralni na szczęście już nie skorzystam. Nasza jest przyjemniejsza: ruch z rana mały i zero czatujących kobiecin.
Wróciłam do domu, a za chwilę pan z naprzeciwka przyniósł nam deser. Są sąsiady i antysąsiady.

czwartek, 18 sierpnia 2011

Transatlantyk

Radosław Żubrycki jest architektem, poetą i pisarzem. Publikuje na portalach internetowych, w prasie emigracyjnej oraz czasopismach architektonicznych. W e-booku znajdują się trzy jego zdjęcia, w tym jedno zajmujące całą stronę, dwa teksty od autora oraz informacja o nim samym. Promocji zdecydowanie nie zabrakło.

„Transatlantyk” tworzą opinie Żubryckiego na temat emigracji, Polaków i polityki, zapiski z podróży oraz opisy przyziemnych zdarzeń, jak rozbijanie karuzeli na placu za oknem, czy otwarcie polskiego sklepu w Belfaście, w które autor wplata swoją filozofię i w których doszukuje się drugiego dna. Artykuły z lat 2009 – 2010 są luźno ze sobą powiązane – czasami ich jedyną wspólną jest tylko autor.

Nie widziałam wcześniej tak niedbale napisanej książki: błędy ortograficzne, stylistyczne, gramatyczne, literówki i przecinki, które rządzą się własnymi prawami. Przez cały czas miałam wrażenie, że czytam egzemplarz przed korektą i że został on oddany do publikacji bez ponownego czytania, jakby był pierwszym szkicem. Co zadziwiające, książka została poddana korekcie!

Warsztat też pozostawia sporo do życzenia:
„Jordania była, jakby obok, jakby dodatkiem. Niestety, Izrael, jako kraj bardzo mnie rozczarował. Okazał się nieprzyjemny dla mnie, jako turysty” (s. 36)

Autor powtarza wyrazy o tym samym znaczeniu w celu wypełnienia miejsca. Lanie wody, rozwlekanie zdań, mnóstwo niepotrzebnych słów – teksty można by skrócić o połowę.
„O ile w tygodniu ta droga nudzi mnie i w zasadzie nie zostawia w pamięci większego śladu, o tyle w piątek zawsze coś mnie zainteresuje, zaintryguje lub zaciekawi.” (s. 46)
„W mgnieniu oka budynki skarlały, zmalały, skurczyły się.” (s. 150)

Część testów występuje pod innymi tytułami, niż zapowiada spis treści, a jednego artykułu w ogóle nie ma: e-book składa się z dwudziestu siedmiu tekstów, nie dwudziestu ośmiu. Brakuje też organizacji felietonów tematycznie. Rozdział szósty i dwudziesty piąty opowiadają o wizycie autora w Izraelu przed świętami Bożego Narodzenia: można by się obejść bez jednego z tych artykułów, po co powtarzać? Zauważyłam nieścisłości dat i liczb w „Balladzie o zamarzaniu” oraz niekonsekwencje w oznaczeniach.

Autor ostrzega we wstępie: „Niejednokrotnie czytelnik może nie zgadzać się z autorem, co do przedstawionego zdania, lub wybranej formy literackiej, niemniej jednak, nie powinien tego negować, ale tolerować, jako wyraz indywidualności każdego z nas.”(s. 6)

Jakie to zdania?

„A trzeba jasno stwierdzić, że Europejczyk mimo najszczerszych chęci, wyjazd do Japonii może przeżyć tylko dzięki macdonaldom.” (s. 150)
Niektórym odpowiada taki tok myślenia, inni odbiorą to jako arogancję i ignorancję osoby, która nie potrafi sobie poradzić za granicą.

„Kiedy już na dobre zaczęliśmy uczyć się literek, którymi oznaczona była nasza stacja [w Japonii] z ulgą odkryliśmy fakt, że na stacjach nazwy napisane są w formie cywilizowanej. Czarne arabskie litery były jak zimna whiskey z lodem na tym przedziwnym pustkowiu – orzeźwiająco-relaksujące.” (s. 152)
Forma cywilizowana? Literki japońskie? Litery arabskie? Bez komentarza.

Autor skarży się na Japończyków, że słabo mówią po angielsku i na brak cywilizacji w ich kraju. Tak, w hotelu, gdzie na zawołanie („reagują na dzwonek”) dostaje jedzenie. Dobrze, że mu polować nie kazali. A romantyczną wieś japońską uparcie nazywa „zadupiem”.
Mimo tego, przekornie, felietony o Japonii najbardziej przypadły mi do gustu: są najtreściwsze. I gdyby nie patrzenie z góry na Japończyków, czytałoby się je z przyjemnością.
Autor zbyt chętnie podkreśla, że jest „anglosaskim” blondynem. Po co? Na trzech załączonych zdjęciach widać, że czarny nie jest. Przydałoby się mu za to poczucie humoru i dystans do siebie. Na myśl nasuwa mi się kontrast z „cesarzem reportażu”. W „Podróżach z Herodotem” Kapuściński szuka podobieństw między samym sobą a ludźmi z innych kultur, nawet gdy jedzie do biedniejszych krajów. W „Transatlantyku” Żubrycki szuka różnic, a swój brak tolerancji zrzuca na karb wychowania w małym (polskim) mieście.

Autor neguje polskie szyldy w Irlandii jako brak integracji, by później wyrazić sprzeciw wobec próbom asymilacji emigrantów. Narzeka, że Polacy narzekają, klną, piją i są tak postrzegani za granicą, a potem pisze, że „trochę pijany” siada za kierownicą samochodu. I wciąż pisze o alkoholu: porównanie z whiskey, picie sake w Japonii, piwa w pociągu, piwa na śniegu... Stereotypy – czyż sami ich nie tworzymy?

Plus należy się za poruszanie problemu zamarzania bezdomnych w Polsce, czy nawoływanie do udziału Polaków w wyborach. Autora cechuje także spostrzegawczość i jako taki styl: rozwlekły i miejscami ckliwy, ale jest.

Dla kogo więc e-book? Dla osób dzielących poglądy autora i nie zważających na normy językowe.

Ocena: 2/6


Egzemplarz recenzyjny otrzymałam od serwisu nakanapie.pl – dziękuję!

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Tydzień we Włoszech

Wybieracie się do Włoch na wakacje? Jeżeli nie, możecie przenieść się do tego ciepłego kraju dzięki książkom. Kanapowicze polecają między innymi:

„Śmierć w Wenecji” Thomasa Manna:
„Nowela opowiada historię starzejącego się utytułowanego literata Gustawa von Aschenbacha, który udaje się w podróż do Wenecji, gdzie zakochuje się w polskim chłopcu Tadziu.”


„Moje rzymskie wakacje” Kristiny Harmel:
„Aromat prawdziwego cappuccino, smak lekkiego wina, dotyk słońca na twarzy… Zabawna i wzruszająca opowieść o tym, że warto zaryzykować, by spełnić marzenia i… odnaleźć prawdziwą miłość.”


„Sycylijczyk” Mario Puzo:
„Druga część trylogii zapoczątkowanej „Ojcem Chrzestnym”. Puzo wciąga czytelnika w mroczny świat sycylijskiej prowincji, świat przemocy, w którym każda zniewaga musi zostać zmyta krwią.”



Więcej propozycji - na blogu Kanapy i w wątku Tydzień we Włoszech.
Mam nadzieję, że znajdziecie coś dla siebie!

wtorek, 2 sierpnia 2011

Safety Town

Mój synek uczestniczy od poniedziałku w programie Safety Town.
Wczoraj uczono dzieci między innymi tego, co robić w przypadku trzęsienia ziemi. Drop, cover and hold on. Musieliśmy to ćwiczyć w domu, trzymając się nogi od stołu, a potem dziecko urządziło trzęsienie ziemi (i przy okazji tsunami) w swoim pokoju.

„Zobacz, mamo!”
„No, widzę, masz bałagan. Jak zwykle.”
„Nie, to było trzęsienie ziemi. I tsunami!”

Na jedno wychodzi.

Ze szkoły przyniósł rysunek. Kto zgadnie, co jest pod stołem?